Sukces! Przeszedłem “Bioshock Infinite”

Niedawno ukazał się drugi epizod “Burial at Sea”, dodatku do “Bioshock Infinite”. W sieci powszechne są zachwyty, co mnie bardzo cieszy. Dlaczego? Cóż, dopiero w ubiegłym tygodniu skończyłem grę podstawową. Z właściwą sobie gracją, czyli rok po premierze (prawie idealnie – gra ukazała się 26.03.2013).

Myśl, że dopiero zagram w “Burial at Sea” zachwyca mniez dwóch powodów.  Po pierwsze: to zawsze wizyta w Rapture. Po drugie: sądząc po opiniach nie mamy tutaj do czynienia z typowym skokiem na kasę (tzn. do pewnego stopnia mamy, w końcu płacimy za coś, co już znamy). Grafika, oprawa dźwiękowa – wszystko to jest na znakomitym poziomie, do którego Irrational Games zdążyło nas przyzwyczaić. Ale co najważniejsze, podobno również fabuła została przyzwoicie napisana. Ale nie o tym miałem pisać, szczerze mówiąc. W końcu jeszcze nie wróciłem do podmorskiego miasta Andrew Ryana.

O czym zatem jest ta notka? Ano, o samym “Bioshock Infinite”.

Rzadko kończę gry. Nie dlatego, że ich nie lubię albo przejście historii od A do Z mnie nie wciąga. Po prostu nagle na horyzoncie pojawia się coś innego. Do pogrania, do obejrzenia, do przeczytania. A na wszystko życia nie wystarczy. “Bioshock Inifnite” czekał na półce długo na swoją kolej. Kupiłem go w momencie przeprowadzki, w nowym miejscu były chwilowe problemy z podpięciem się do neta (lubię swojego xboxa, ale jednak nigdy nie kupiłem do niego dostawki pozwalającej na granie bezprzewodowo – są jakieś granice palenia domowego budżetu). Potem było coś innego, coś innego. Koniec końców – niedawno wreszcie sięgnąłem, powodowany sentymentem za pierwszymi dwiema częściami. “Bioshock” to jedna z gier, które nie tylko przeszedłem, ale do których zdarza mi się wrócić.

“Infinite” to inny świat (do pewnego stopnia), jasne, jednak te same osoby są za niego odpowiedzialne. I trochę jest to tylko zmiana scenografii. Bohaterowie są inni, historia nowa, ale odnaleźć można tutaj to samo, co przykuwało do poprzedniczek. Znowu postacie są żywe, nie z papieru. Znowu opowieść mówi o niewinności, która jest narzędziem w rękach dorosłych. Moje wrażenia? Jak najbardziej pozytywne, co wiadomo przecież od pierwszego akapitu niniejszej notki.

Nie jestem z osób, które potrzebują niesamowitej grafiki, żeby pokochać grę. Miło jak jest ładna, niewątpliwie przyjemnie jest popatrzeć na Elisabeth, ale to nie jest najważniejsze. Nie jestem poszukiwaczem immersji – gra to gra, gra to rozrywka, a nie życie. Także nie oczekuję, że się w niej będę mógł “zatopić”. Niemniej do grafiki absolutnie nie można mieć zastrzeżeń. Podobnie do muzyki – utwory dobrane są znakomicie. Równie doskonale, co niegdyś przez Interplay do “Fallouta”.

 

Ale tym co mnie najbardziej przykuło była historia. I właśnie na tym mi zazwyczaj zależy najbardziej: na wciągającej opowieści, która (niczym dobra książka) chwyci i nie będzie chciała puścić. Nawet niekoniecznie potrzebna mi jest swoboda w decydowaniu o wszystkim. Może dlatego tak ogromnie mnie ciągnie do gier Telltale Games. Gracz jest w nich przecież prowadzony za rączkę, a jednak nadal ma się poczucie dokonywania wyboru. Trzeba przejść z A do B, ale można wybrać czy pójdzie się ścieżką w lewo, czy w prawo. Podsumowując: jeśli tylko wciągnie mnie fabuła, wiele mogę wybaczyć.

Czy zatem historia w “Bioshock Infinite” jest istotnie wyjątkowa? Nie. Czy jest to coś nowego, czego nie było przedtem? Absolutnie. Zatem o co chodzi? O sposób podania. Tym, co stanowi o sile gier Irrational Games (raczej: stanowiło) są dla mnie dialogi. Dialogi, postacie i pieczołowicie budowany z ich pomocą świat. To dzięki nim opowieść staje się tak wciągająca. Przede wszystkim Elizabeth jest wiarygodna. Wiele w tym zasługi Courtnee Draper, której głosem bohaterka przemawia, ale bez sensownych tekstów nawet przyjemna barwa głosu na nic by się nie zdała. Na tej postaci spoczywała ogromna odpowiedzialność, ponieważ towarzyszy nam praktycznie przez całą grę. Należą się jej oklaski, ponieważ dźwiga ten ciężar z łatwością. Postać Bookera deWitt, głównego bohatera, była dla mnie mniej ciekawa, mniej intrygująca – co można przyjąć za wadę, ale z drugiej strony – mówimy przecież o strzelance. Również postać przeciwnika wypada na tle Elizabeth dość blado. Niemniej Zachary Comstock także ma swoją ciekawą historię i na pewno warto ją poznać. A skoro o nim mowa… “Bioshock Infinite” podobał mi się również dlatego, że traktuję tę grę jako głos sprzeciwu wobec fanatyzmu. Nie tylko religijnego. Zachary Hale Comstock i The Founders są niewątpliwie na pierwszym planie, ale równie równie bezduszna jest radykalna Daisy Fitzroy i jej Vox Populi. Jednak chyba przede wszystkim gra mi się podoba, ponieważ ta opowieść o odkupieniu Bookera deWitta ma gorzki posmak. Odkupienie nie przyjmuje tu postaci chórów anielskich śpiewających na końcu drogi “Gloria! Gloria! Alleluja!”. Odkupienie ma wysoką cenę. Dokładnie tak, jak powinno. W końcu mowa tu o płaceniu za błędy. A często dzisiaj chcemy zapomnieć, że długi trzeba spłacać.

Jeśli jest ktoś, kto jeszcze nie grał – polecam. Warto.

A ja się zabieram za “Burial at Sea”. Wreszcie.