“Only lovers left alive”, czyli co może zachwycić nieśmiertelnych

Jakiś czas temu podjąłem próbę prowadzenia bloga. Miał się ograniczać do krótkich niby-recenzji muzycznych. Niestety, jakiś czas w postanowieniu trwałem, ale potem zaczęły się wykręty – brak czasu itd. Jednak chęć pisania bloga mnie nigdy nie opuściła. Raczej sam siebie próbowałem ograniczyć jego formą. Czemu pisać o jednej rzeczy, skoro spektrum zainteresowań mam znacznie szersze? Stąd ta reaktywacja, w nowym miejscu, ze zmienioną formułą. Do ponownego pisania właściwie popchnęła mnie notka Toreada, nt. filmu “Only Lovers Left Alive”. Poniższa notka zaczęła się jako komentarz do jego wpisu. Ale nie powiedziałem wtedy wszystkiego, co chciałem. Zatem – wersja rozszerzona. A przy okazji premiera Charlescape.

Powiem szczerze, że dotychczas nie byłem fanem Jarmuscha. Właściwie z jego filmów chyba jedynie z “Truposzem” próbowałem się zmierzyć. Jeśli dobrze pamiętam to dopiero 5 podejście zakończyło się sukcesem. O ile sukcesem można nazwać dotrwanie do końca filmu, bo myślami przy końcówce dryfowałem już całkiem daleko. Po co o tym piszę? Żeby zaznaczyć, że nie podchodziłem do filmu z pozycji fanboy’a, z przyklękiem. Zdecydowałem się go obejrzeć przez opinie, z którymi się zetknąłem. Znajomych z pracy, wspomnianego już wcześniej Toreada. Jak łatwo się można domyśleć z tego wstępu – film na mnie zrobił duże wrażenie.

Tilda Swinton i Tom Hiddleston są doskonale dobrani. Nie tylko pod kątem ich talentu aktorskiego, którego przecież obojgu nie brakuje. Chodzi też jednak o wzajemne dopełnienie się na ekranie. Dla mnie jest między nimi prawdziwa chemia. Pozbawiona dzikich porywów serca, szaleństw. Ale doskonale ze sobą współgrają w swojej samotności, swoim spokoju, i są wiarygodni. Z mojej strony: chapeau bas. Bardzo dobrze napisane postaci i bardzo dobrze przeprowadzony casting. Po obejrzeniu “Only lovers left alive” nie umiem sobie wyobrazić lepszej pary w tym filmie.

Wydaje mi się, że to dla mnie najbardziej interesujące przedstawienie wampirów, z jakim kiedykolwiek się spotkałem. Nie są tutaj ani potworami, ani romantycznymi kochankami, ani przeklętymi istotami. W każdym razie żadna z tych cech ich nie definiuje. Są wiecznymi istotami, w których namiętność jeśli się tli to – wraz z wiekiem – coraz bardziej w głębi.

Kiedy patrzyłem na Adama, przypomniały mi się słowa Anioła Śmierci z “Hellboy’a II”: “my heart is filled with dust and sand”. Takie nasunęło mi się skojarzenie. Adam, dla którego wszystko ma smak popiołu, wszystko poza krwią i sztuką. Nawet głębokie uczucie, którym darzy Eve jest w pewien sposób wyblakłe, skażone jego poczuciem jałowości otaczającego świata, przemijających epok. Pozostały tylko krew i muzyka, która jest go w stanie przyciągnąć nawet w stanie największej słabości. Piękny śpiew kobiety, jakby to ona była nadnaturalną istotą, syreną, a nie on, wampir. Marlowe, którego spokój runie tylko w trudnej sytuacji. Dopiero wtedy pozwoli sobie na wylanie z siebie żalu i rozgoryczenia, że jego sztuka podpisywana jest nazwiskiem kogoś innego. Cała chwała przypada komuś, kto na nią nie zasłużył. I to jego imię przetrwa. Eve, która z której opada maska obserwatorki, gdy oddaje się tańcu. Ava, która jako jedyna pełna jest nadal pasji, oddająca się jej z rozkoszą. I zupełnie nieprzystająca do świata, w którym żyją pozostali. Zabawne, że nigdy nie trafiał do mnie jakoś mocno klan Toreador. Ale po poznaniu bohaterów filmu Jarmuscha pierwszy raz mam wrażenie, że wiem jak wygląda dla jego członków egzystencja. I teraz do mnie o wiele bardziej przemawiają.

Znakomity film. Oprawa graficzna, muzyczna. O, muzyka mnie całkowicie uwiodła. Co ciekawe – jej współautorem jest sam Jarmusch. Zarówno utwory towarzyszące Maroku, jak i Stanom, hipnotyzują. Mają w sobie właśnie tę powolność całego filmu, całej egzystencji głównych bohaterów. Poczucie nieuchronności końca, którego wizja roztacza się przed Adamem. Cudowne “In Templum Dei”, z gościnnym występem Zoli Jesus, przy którym można odczuć zachwyt z obcowania z czymś pięknym, onieśmielającym majestatem. “Spooky Action at a Distance” niosące ze sobą niepokój, pełzający gdzieś pod skórą. Rozchodzący się gęsią skórką po całym ciele, jak można tego oczekiwać po tytule. Zachwycająca Yasmine Hamdan, gdy śpiewa “Hal”. Bezwiednie wabiąca zarówno Adama, jak i słuchacza. “This is Your Wilderness”. “The Taste of Blood”. Utwór po utworze. Ta płyta to będzie dla mnie niewątpliwie jedno z najważniejszych dokonań tego roku.

Z całego serca polecam też film. Żywej akcji w nim nie ma. Nie ma też epatowania przemocą, seksem. Ale jest w nim piękno podobne do tego, które wychwala. Tętni spokojnie i powoli. Być może pora, żebym sięgnął raz jeszcze po “Truposza” lub po któryś z pozostałych filmów Jarmuscha. Być może dojrzałem do ich tempa.

Advertisements

New song from Warpaint

Finally we get something from Warpaint. Today we can really start countdown. You’ll find tracklist below and… New song of course. Give it a try! Here’s ‘Love Is To Die’.

1. Intro
2. Keep It Healthy
3. Love Is To Die
4. Hi
5. Biggy
6. Teese
7. Disco//very
8. Go In
9. Feeling Alright
10. CC
11. Drive
12. Son

Anna Calvi’s first single off ‘One breath’

Last week Anna Calvi released first official single from her upcoming album, ‘One Breath’. Well, certainly ‘Eliza’ is not going to be my favourite song of hers. It’s not bad, don’t get the wrong impression. It just ain’t what I loved about ‘Rider to the Sea’ or ‘Love Won’t Be Leaving’. But maybe I just need to give it a little more time. Wouldn’t be the first time… However even if it won’t convince me 100%, you can be sure that I’ll still be waiting for ‘One Breath’. Why? Well, I liked her debut a lot, that’s for one thing. And second: you should watch ‘One Breath’ album trailer. The song from it… It makes me expect something really, really good. Fortunately, if you pre-order new album on iTunes, you’ll get ‘Sing To Me’ right away. And album is scheduled for October, the 7th so… Not much longer before it comes out.

Teaser of new Polica’s album!

You may be aware that Poliça will be releasing their new album on October, the 21st (Europe) & 22nd (US), this year. If you’re interested, then I got some good news for you: ‘Shulamith’ (that’s the title of upcoming follow-up to their famous ‘Give You the Ghost’) teaser is on YouTube. In my opinion: that’s something worth waiting for! Check it out by yourselves.

UPDATE: I haven’t been posting for a while (sorry!), but if I’m already writing about new album, I might as well make this post more complete. So here’s a little update, with what I didn’t write last months: a tracklist and a first video off the ‘Shulamith’:

Tracklist:
01 Chain My Name
02 Smug
03 Vegas
04 Warrior Lord
05 Very Cruel
06 Torre
07 Trippin
08 Tiff
09 Spilling Lines
10 Matty
11 I Need $
12 So Leave

Grace Woodroofe ‘Dead Weight’ teaser

Almost year ago I posted a short review of debut album by Grace Woodroofe. Today I have the pleasure of sharing teaser of her mew song. If you haven’t heard it yet – please, check this collaboration by amazing Grace and HOMME.
HOMME x GRACE WOODROOFE : DEAD WEIGHT from HOMME on Vimeo.

It seems that new album will be out later this year. In my opinion this is going to be an album worth waiting for. Period.

Iron & Wine "Ghost on Ghost"

Click here for the English version

Na nowy album Iron & Wine czekałem od dnia, gdy usłyszałem “Lovers’ Revolution”. Nie, właściwie to oszukuję. Zatem jeszcze raz: na nowy album Iron & Wine czekałem praktycznie od dnia, gdy wreszcie ukazała się “Kiss Each Other Clean”. Brzmienie przez lata mogło się zmienić, ale jedna rzecz pozostaje niezmienna: jestem beznadziejnie zakochany w utworach, które płyną z głośników, gdy włączam dowolny album Samuela Beam. Dzisiaj, po dwóch latach, wreszcie dostajemy nowy materiał, zgromadzony na “Ghost on Ghost”. A dzięki NPR możemy go usłyszeć jeszcze przed premierą.

Ciężko uwierzyć, ale jest to dopiero piąta płyta pochodzącego z Południowej Karoliny artysty. Chyba jeszcze trudniej jest przejść bez zastanowienia nad ewolucją muzyczną, jaką przeszła jego twórczość. Lata temu, gdy ukazała się “The Creek Drank the Cradle”, Iron & Wine nie było nawet zespołem. Był tylko samotny twórca, oczarowujący słuchacza, zapraszający do swojego świata: piękny folk z przejmującym tekstem (“Upward Over the Mountain”!). Obecnie Iron & Wine to już znacznie więcej. Przypuszczam, że dla osoby, która dopiero teraz poznaje zespół, pierwsze nagrania będą bardzo zaskakujące. Na czym zatem polega ta zmiana?

Nadal duszą całego przedsięwzięcia jest Samuel Beam, nie mogłoby być inaczej. Jednak przez minionych jedenaście lat do jego muzyki zaczęły się wkradać elementy innych gatunków muzycznych, jak popu czy jazzu. A wraz z nimi zaczął się zwiększać stan osobowy kapeli. I to nie o standardowe gitary z perkusją na dokładkę. Iron & Wine w 2013 roku, to już ponad 10 wykonawców, którzy są na tym albumie nie mniej ważni niż mężczyzna, który to wszystko zapoczątkował.

Muzyka stała się bardziej przystępna, co nie odebrało jej jednak nic z uroku i z głębi. Dla każdego, kto jest zaznajomiony z dwoma poprzednimi albumami, płyta “Ghosts on Ghosts” nie będzie rewolucją. To kolejny krok, konsekwentny i przemyślany, na drodze artystycznej ewolucji. Co jednak nie oznacza, że płyta jest przewidywalna.

Od pierwszych dźwięków otwierającego album “Caught in the Briars” (oraz kolejnego utworu – “The Desert Babbler”) wiadomo, że będzie tutaj dużo słońca. Pobrzmiewające w tle chórki niosą ze sobą sporą dawkę pozytywnej energii. Do tego bardzo przyjemne melodie, które sprawiają, że z uśmiechem wspominasz swoje ulubione wakacje. Z kolei licznie występujące w “Joy” pogłosy i echa dają poczucie przestrzeni niczym na szczycie góry. Wyznanie miłości trwające raptem dwie i pół minuty, a jednak sprawiające wrażenie, że jest utworem znacznie dłuższym – zapewne za sprawą zawartego w sobie spokoju. Na płycie znalazło się jednak także miejsce na przejmujące utwory, mające w sobie wiele nostalgii, tęsknoty, jak “Winter Prayers” albo “Grass Widows”. To już nie obezwładniająca melancholia nagrań na “The Creek Drank the Cradle”, ale nadal są to bardzo emocjonalne piosenki. Podobnie jak “Lovers’ Revolution” pełen buzującej pasji. Początkowo drzemiącej pod powierzchnią, która jednak w miarę utworu coraz bardziej wyrywa się na zewnątrz, aż uwalnia się i zmienia w swobodę jazzu, aby potem ponownie wtracać tempo, do wyciszenia, którym jest zamykający płytę “Baby Center Stage”.

Podsumowując: włącz, słuchaj, ciesz się muzyką i słońcem. Ciesz się pięknymi wspomnieniami. Niewątpliwie ten album będzie dla mnie jednym z najlepszych w 2013 roku.

I’ve been waiting for the new album by Iron & Wine since I heard ‘Lovers’ Revolution’. No, that’s not exactly the way it was. One more time: I’ve been waiting for the new album by Iron & Wine since ‘Kiss Each Other Clean’ saw the daylight. The sound may have changed over the years, but one thing is constant: I’m hopelessly in love with songs I hear, when I play any of Samuel Beam’s records. Today, after two years, we finally get new material on ‘Ghost on Ghost’. And thanks to NPR we can listen to it even before it’s release.

It’s hard to believe that this is only the fifth album by South Carolina artist. It’s even harder not to give a thought (or two) when it comes to his works musical evolution. Years ago when ‘The Creek Drank the Cradle” got released, Iron & Wine wasn’t even a band. Back then it was only a lone creator, charming the listener and inviting him to his world: beautiful folk with touching lyrics (‘Upward Over the Mountain’!). Right now Iron & Wine is much more. I guess that for people who get to know them nowadays, early recordings would come as a surprise. So what changed?

Samuel Beam is still at the heart of it all, it couldn’t be any other way, of course. However for those last eleven years he started incorporating into his music elements from other genres, such as pop or jazz. And along with them came additional musicians. What’s even more interesting: those weren’t just ‘standard’ additional instruments, such as guitars and percussion. Iron & Wine AD2013 consists of more than 10 people, who are just as important, as the man who started it all.

Music is more listener-friendly, you might say, but that doesn’t mean that it has lost any of it’s charm or depth. ‘Ghost on Ghost’ is not going to be a big surprise or revolution for anyone, who’s been familiar with previous two records. It’s more of another step, consistent and well-thought, along the way of artistic evolution. What’s important? You should remember that it doesn’t mean, that the album is predictable.

From the first sounds of record’s opening track, ‘Caught in the Briars’ (as well as it’s follower’s – ‘The Desert Babbler’), it’s easy to hear that there’s going to be a lot of sunshine in here. Choirs singing in the background bring along a lot of positive energy (those ooh’s and aah’s are really great!). Add pleasant melodies and voila! You got yourself remembering your most wonderful holidays ever. Numerous echoes and reverbs from ‘Joy”, make this song feel really spatial, as if you were standing on top of the mountain. It’s a two and a half minute long declaration of love, but it seems like longer song, when you listen to it. That’s probably due to it’s mood of peace and inner calmness. However more intense tracks also made it into the album, such as full of nostalgia and yearning ‘Winter Prayers’ or ‘Grass Widows’. This isn’t overpowering melancholy of ‘The Creek Drank the Cradle’, that left you entirely helpless, but these are still very emotional songs. Just like ‘Lovers’ Revolution’, full of blazing passion. At first it’s hidden, somewhere under skin, but as the song goes, it gets more and more wild to finally get out as free jazz passages. Just to quieten again until the soft closing track, ‘Baby Center Stage’.

To summarise my feelings about this album: click (or push) ‘play’, listen, enjoy the music and sunshine. Enjoy beautiful memories. As for me I will be hoping for Iron & Wine to come and visit Poland again some time soon. And for KCRW to release recording from this year’s SXSW session, where Sam Beam played together with Glen Hansard…

Capsula "In the Land of Silver Souls"

Click here for the English version

Niektórzy mogą pamiętać, jak kiedyś kupiłem sobie płytę Capsuli. Niestety okazało się, że w pośpiechu wziąłem płytę nie tego zespołu, który mnie interesował, a innego o takiej samej nazwie. W pierwszej chwili nieco ostygłem, ponieważ było sporo innych rzeczy do posłuchania, ale o zespole nie zapomniałem. Zresztą chyba nic w tym dziwnego, skoro z takim entuzjazmem ruszyłem na zakupy, że się pogubiłem. Toteż wiedziałem, że prędzej czy później trio z Buenos Aires pojawi się na Ulicy Fioletowej. Dzisiaj nareszcie są.

“In the Land of Silver Souls” to chyba ostatni album wydany dotychczas w ich – całkiem już pokaźnej – dyskografii. Zespół co prawda pochodzi z Argentyny, ale już jakiś czas temu przeniósł się do Hiszpanii, a też – szczerze mówiąc – w muzyce za wielu odniesień do ojczyzny nie słychać. Jak zatem napisałem kiedyś – mamy tutaj do czynienia z porządnym rockowym graniem w klimatach garage/psychedelic. Płyta ukazała się w 2011 roku, ale włączenie jej wydaje się raczej działać jak wehikuł czasu, przenoszący w przeszłość znacznie bardziej odległą. Zdecydowanie odczuć tutaj można nastrój glam rocka, psychodelii. Błyszczących koszul, eksperymentów narkotycznych oraz pasji tworzenia, grania. Muzyka jest hipnotyzująca, żywa. Fani The Velvet Underground powinni być zadowoleni, że włączyli tę płytę. Podobnie wyznawcy Iggy’ego Popa. Ale znaleźć tutaj można także utwory, które są wyraźnie inspirowane klasycznymi dokonaniami rockabilly, jak “The King of the Rain”. Przynajmniej ja zawsze mam przy nim takie skojarzenia: ten bas, ten rytm. Na pewno ciężko byłoby się dziwić podobnym inspiracjom, gdy mowa o płycie rockowej. Czasami utwory są wolniejsze, jak “Dreaming in Black and Blue”. Może się wydawać, że da chwilę oddechu za sprawą swojego spokojnego tempa, ale szybko okazuje się, że to brzmienie nie wypuszcza słuchacza łatwo ze swojego uścisku. Piosenki są tutaj stosunkowo krótkie: prawie wszystkie trwają niewiele poniżej lub powyżej trzech minut. Całkowicie wyjątkowy jest “Communication” – trwa ponad 5 minut i całe szczęście, ponieważ nie ma na tym albumie lepszego numeru. Nie ma w nim niczego odkrywczego, żadnych nowatorskich rozwiązań. Ale przecież nie o to chodzi. Jest niesamowity nastrój.

Capsula to jedynie trzy osoby, ale brzmienie wydaje się być bardziej rozbudowane. Ciekaw jestem czy równie znakomicie radzą sobie na koncertach. Mam nadzieję, że kiedyś się przekonam. Też powinniście.

Some of you might remember, how I bought an album by Capusla. Unfortunately, it turned out to be a CD not by the artist I thought to be, but some other, going by the same moniker. At first it felt like sort of cold shower and there were many other albums to listen to, but… I didn’t forget about the band. Probably that’s no surprise, since I was so excited about them when I rushed to shop, that I got lost. Point is: I knew that sooner or later trio from Buenos Aires would visit Violet Street. And today they’re finally here.

‘In the Land of Silver Souls’ is the last album in their – pretty large – discography, if I’m right. The band comes from Argentina, however they moved to Spain some time ago, but to be honest, you really can’t catch too many references to their homeland. As I have written some time ago: we have here some solid rock music with garage/psychedelic mood. The CD got out in 2011, but pushing ‘play’, might feel like entering time machine that gets you into more distant past. Definitely you can taste here glam rock, psychedelic rock. Glimmering shirts, drugs experiments and the passion for creation,for playing music. And the music is hypnotizing, full of life. Fans of The Velvet Underground should be satisfied, that they decided to listen to this record. Just like Iggy Pop’s followers. But you can also find here songs, that are easy to identify as inspired by classic rockabilly, like ‘The King of the Rain’. At least that’s the feeling I get: this bass, this rhythm. Surely those inspirations wouldn’t be something strange or awkward, since it’s a rock album that we’re discussing here. Some songs are slower, like ‘Dreaming in Black and Blue’. It might make you think, that it’s a moment to relax and catch breath, because of the slower pace. And then you find out, pretty fast, that this music doesn’t loosen it’s grip that easily. Compositions are pretty short: almost all of them last around three minutes: sometimes a little bit more, sometimes a little bit less. Entirely outstanding is ‘Communication’, that goes for over 5 minutes. And that’s lucky deal for listeners, because there is no better song on this album. This isn’t a song to shape new ways for music: there’s nothing very exploratory here, no breath-taking innovative arrangements. But that’s not important. This song has the most important thing: amazing mood. Just listen to it.

There are only three musicians in Capsula, but the sound seems to be much more complex. I only wonder if they are just as good when they play live. I hope to find out some day. You should too.

Daughter "His Young Heart EP", "The Wild Youth EP", "Smother" single

Click for the English version

Na początku zespół Daughter nie był dużym tworem: w całości tworzyła go Elena Tonra. Potem dołączył do niej gitarzysta Igor Haefeli i wspólnie wydali pierwszy materiał. A nieco później skład powiększył się o Remiego Aguilellę, perkusistę. Na szczęście nowi członkowie zespołowi się przysłużyli, a muzyka nie zatraciła niczego ze swojej intymności.

Daughter to projekt obracający się muzycznie w kręgu folku przyprawionego popem. Poszukiwacze nawet nie muzycznej ekstremy (raczej na blogu o niej nie piszę, więc chyba nikt się jej tutaj nie spodziewa), ale bardziej rockowego brzmienia muszą być przygotowani na całkowicie odmienny nastrój. Dotychczas wydany materiał ma wspólny mianownik i jest nim melancholia, tęsknota za tym, co utracone. Dzieciństwem, miłością, spokojem… Znakomicie ten nastrój do spółki z muzyką buduje głos Eleny, delikatny i łagodny.

Kapela wydała do tej pory całkiem dużo nagrań, jeśli wziąć pod uwagę, że jej historia sięga wyłącznie do 2010 roku. Najpierw dema, potem dwie EP-ki wypuszczone własnym sumptem w 2011 oraz singiel z 2012, już pod skrzydłami 4AD. Wkrótce (w Europie 18 marca, Stany Zjednoczone będą musiały poczekać do kwietnia) ukaże się nareszcie pierwszy album długogrający, zatytułowany “If You Leave”. Postanowiłem potraktować tę zapowiedź jako znakomitą okazję, żeby napisać o zespole. Już za sam fakt, że tak długo nic się o nim nie pojawiło, powinienem posypać głowę popiołem. Dlaczego? Powód jest banalny: to dla mnie obecnie jeden z najlepszych zespołów, a ich album jest jednym z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych wydawnictw. Zatem po kilka słów o każdym z dotychczasowych wydawnictw, w kolejności chronologicznej.

Pierwsza EP-ka, “His Young Heart”, zaczyna się bardzo mocno. Nie dosłownie, oczywiście. Brak tutaj szybkich, agresywnych riffów czy brutalnego bębnienia, muzycznie można mówić o utworach akustycznych. A jednak na poziomie emocjonalnym, ta piosenka pozostawia słuchacza bez tchu. Moim zdaniem żaden z pozostałych (trzech) utworów na EP-ce nie może się równać z “Landfill”. Jeśli chcecie posłuchać jednej piosenki, to będzie stanowiła dobry wybór. Całe wydawnictwo wydaje mi się być najspokojniejsze z dotychczas opublikowanych. Cechuje się również największą prostotą – wysmakowaną i elegancką. Znakomicie sprawdza się w słoneczny, zimowy dzień. Zamykający “Switzerland” robi wrażenie bycia otoczonym przez ogromną przestrzeń, co – sądząc po tytule – wydaje się być jak najbardziej na miejscu: ten utwór jest jak spoglądanie z góry i słuchanie echa. Czyli śnieżnych nastrojów ciąg dalszy.

Na “The Wild Youth EP” również składają się cztery utwory. Nie ma tutaj rewolucji stylistycznej, więc osoby, które przekonały się do Daughter wcześniej, mogą być spokojne o swoje doznania. Zarówno od strony zmysłowej, jak i emocjonalnej. Po raz pierwszy wprowadzone zostaje pianino – pojawia się ono w trzecim utworze, “Youth”. To zresztą mój ulubiony na tym wydawnictwie. Od pierwszych dźwięków “Home”, które EP-kę otwiera, słychać jak istotny dla Daughter pozostał rytm. Akcentowany bębnami, gitarą, zawsze wyraźnie obecny i hipnotyzujący. “The Wild Youth” nie jest już tak prosta, jak jej poprzedniczka, nadal nie mamy jednak do czynienia ze zbędnym przeładowaniem efektami. Pięknym zamknięciem całości jest “Love”. Spokojniejszy muzycznie od przedostatniej piosenki, jednak dorównujący jej intensywnością.

Ostatnie co zespół wydał, to singiel “Smother”. Jak to w przypadku singla bywa, znajdziemy tutaj mniej utworów niż na EP-kach. Jest utwór tytułowy i jest B-side, “Run”. Pierwszy jest bardzo spokojny, łagodny. Wręcz senny. Drugi… Cóż, dla mnie całkowicie przyćmiewa poprzednika. Również spokojny. Mam z nią jedno uporczywe skojarzenie: dla mnie to piosenka o ucieczce Romea i Julii. Oczywiście w alternatywnej wersji ich historii, która nie powstała. Gdyby ktoś ośmielił się nakręcić równie bezczelnie przerobioną wersję, to powinien sięgnąć po ten utwór jako tło finału i napisów. Polecam!

Łatwo można zauważyć, że mam wobec płyty “If You Leave” ogromne oczekiwania. Wszystkie dotychczasowe znaki wskazują, że nie ma powodów, żeby do Daughter podchodzić z podejściem innym niż oczekiwaniem na to, co najlepsze.

I wreszcie na koniec: wszystkie wydawnictwa cechuje zaskakująca dojrzałość w warstwie tekstowej. Jeśli wziąć pod uwagę, że autorka nie ma jeszcze 25 lat, to naprawdę można się zdziwić.

Wszystkim razem i każdej z osobna: 8/10
No, prawie każdej. “Run”: 10/10

In the beginning Daughter wasn’t a big band: it was just Elena Tonra. Some time later Igor Haefeli, guitarist, joined her and together they published first material. A little bit further down the road they met Remi Aguilella, percussionist. Luckily, new bandmates led only to improvement and the music didn’t lose any of it’s intimacy.

Daughter is a project coming form folk territory, although there’s also a lot of pop. Seekers of not even musical extreme (not that I’m writing about it on my blog, so probably no one would expect it here), but simply more rocking sound, have to be prepared for entirely different mood. Everything by Daughter that’s been out till today has one thing in common: melancholy, yearning for what’s gone. Childhood, love, patience… Such atmosphere is perfectly built by Elena’s voice, along with the music.

The band has published not that small amount of songs, if you remember about the fact that their history started back in 2010. First there were demos, then two self released EPs from 2011 and one single in 2012. The last one with help of 4AD. Soon (March, the 18th, in Europe, US will have to wait until April) LP will be finally released, titled ‘If You Leave’. I decided to make this information a perfect opportunity to write about Daughter. I’m already ashamed, that I haven’t written anything about them yet. Why? Well, the truth is trivial: they’re one of my favourite band nowadays and their debut is one of those albums, that expect the most. So I’m going to write just a few words about each of releases, that we already had a chance to hear. In chronological order.

The first EP, ‘His Young Heart’, starts with a hit. Not literally, of course. There are no fast, aggressive riffs or brutal drumming – when it comes to music, we can call them acoustic. However on the emotional level, the song leaves listener breathless. In my opinion it’s the best one here. If you want to pick one song from each title in their discography, then you should listen to ‘Landfill”. ‘His Young Heart’ seems to be the most calm of all releases. It’s also the most simple of them: simple, but elegant and sophisticated. It’s a perfect choice for sunny winter day. Closing track, ‘Switzerland’, gives you the impression of being surrounded by great space. Like standing on top of the mountain, looking down and listening to echo, so (when you look at the title again) everything seems to be in it’s right place.

‘The Wild Youth EP’ is also four tracks long. There is no revolution in here. People who got convinced by Daughter before, can keep calm about their experiences. Both sensual and emotional. On this release we can hear piano for the first time, in song ‘Youth’. I have to admit that this is my favourite track here. Right from the first sounds of opening track, ‘Home’, listener is confronted with the fact that rhytm is still very important to the band. Sometimes it is emphasized by drums, sometimes by guitar, but it’s always present and hypnotizing. ‘The Wild Youth’ is not as simple, as previous EP, but there is still no possibility to even mention any sort of overload. ‘Love’ is a beautiful closing track. Calmer than it’s predecessor and yet, equal to it when it comes to intensity.

The last release was single ‘Smother’. As it usually is, we can find here only two songs. Title track and b-side, ‘Run’. The first one is very calm and quiet. I’d even say it’s sleepy. The second… Well, entirely outshines previous track. There’s one association that I keep thinking of, when I hear ‘Run’: to me it’s a song about Romeo and Juliet on a run. That is, of course, in alternative version of their history, where decide for runaway. If someone will ever decide to direct such daring story, then he or she should pick this song as background for grand finale. Highly recommended!

As you can easily see, ‘If You Leave’ will have to meet really high expectations in my case. In my opinion they’re justified.

And one last thing: all of the releases are surprisingly mature from their lyrical side. If you know about the fact, that their author isn;t even 25 years old, you can really be taken by surprise.

For all the fans of numbers and such – each of these releases alone and all together: 8/10
Except for ‘Run’: 10/10