“Intouchables”: you are not alone

Click here for the English version

Miały się pojawić dwie notki (o “The Grand Budapest Hotel” i “Burial at Sea”), ale nastąpił drobny poślizg w czasie. Mam nadzieję, że w najbliższych dniach je opublikuję, a póki co…

“Nietykalni”.

W Święta miałem okazję obejrzeć ten wspaniały film po raz drugi. I zrobił na mnie wrażenie równie duże, jak za pierwszym. Jeżeli ktoś nie widział, powinien to zmienić jak najszybciej. Mówię całkowicie poważnie. To znakomity film, z bardzo dobrą muzyką. Bez względu na to czy przychodzi nam akurat słuchać muzyki poważnej, w której zakochany jest jeden z bohaterów, czy muzyki rozrywkowej, za którą przepada drugi z nich, czy wreszcie muzyki filmowej, której autorem jest Ludovico Einaudi.

A teraz lojalnie ostrzegam: dalsza lektura zepsuje sporą część przyjemności z oglądania filmu każdemu, kto pokusi się o zapoznanie się z nią przed samym filmem. Co chyba jest oczywiste, ale wypadało to powiedzieć. Dla tych, którzy lubią sobie psuć frajdę – dwa zdania o czym właściwie jest film. To historia Philippe’a, bardzo majętnego mężczyzny, który jest sparaliżowany od szyi w dół, oraz jego pielęgniarza i przyjaciela, Drissa, pochodzącego z getta człowieka o kryminalnej przeszłości. Mogłoby się wydawać, że film jest dramatem. Nic bardziej mylnego – to znakomita komedia. Tak, temat nie jest lekki. Zachowana jednak została równowaga. Zabawne sceny w żaden sposób nie umniejszają powadze sytuacji. W jaki sposób?

“Nietykalni” są opowieścią o odnalezieniu drugiego człowieka, odnalezieniu szczęścia. A najlepsze jest to, że to prawdziwa historia. Driss (który w rzeczywistości nazywa się Abdel Sellou) swoim humorem, swoją energią uratował prawdziwego Philippe’a. Film zdołał bez popadania w tanie chwyty pokazać tę wspólną podróż. I właśnie ona jest powodem, dla którego napisałem notkę.

Wiele w naszym życiu zależy od nas samych. Musimy brać odpowiedzialność za nasze decyzje i ponosić ich konsekwencje. Nie mam tutaj na myśli wyłącznie niezależności w kontekście posiadania wolnej woli i umiejętności odróżniania dobra od zła. To również wybory dotyczące przyjemności, sposobu spędzania czasu. Rzeczy, które często robimy bez zastanowienia. Decydujemy o sobie nieustannie. Lektury, filmy, słowa. Sporty. Philippe jest kaleką za sprawą własnej lekkomyślności. Jego decyzja o wybraniu się na paralotnię w czasie burzy doprowadziła do wypadku, przez który przebywa w wózku. Driss ma za sobą wyrok. Gdyby się nie spotkali, można przypuszczać, że obaj by nie skończyli dobrze. I właśnie to mi najbardziej dało do myślenia w “Nietykalnych”. Bogacz nie tylko nie spotkałby się z kobietą, którą pokochał, ale wydaje mi się dalce prawdopodobne jego samobójstwo. Pielęgniarz przypuszczalnie wydłużyłby listę swoich przewinień i odwiedzonych zakładów karnych. A jednak spotkanie tych dwóch osób z całkowicie odmiennych światów przyniosło korzyść im obu. Przyniosło przyjaźń na całe życie.

Lubimy patrzeć na siebie jako na jednostki niezależne od innych. Ludzi wolnych, mogących całkowicie o sobie decydować. Jak wcześniej napisałem – mamy w sprawie swojego życia wiele do powiedzenia. Całkowicie wierzę, że najistotniejsze jest to, co robimy sami. Jednak nie należy zapominać jak bardzo kształtują nas nasze znajomości. Interakcje społeczne, w które wchodzimy. Osoby, których z uwagą słuchamy.

Zapominamy, że przyjmując czasem określone maski, zrastamy się z nimi. Pozwalając innym na to, żeby nam te maski zakładali, pozwalamy się kształtować. Czasem to dobrze, czasem wprost przeciwnie. Ale warto mieć świadomość tego faktu. Podobnie jak dobrze jest mieć szeroko otwarte oczy. Czytać, dowiadywać się, nie wierzyć na słowo. Poszukiwać informacji. I trzymać się blisko osób, przy których dajemy z siebie to, co najlepsze.

Intouchables

Intouchables

There were supposed to be two posts recently: one on ‘The Grand Budapest Hotel’ and one on ‘Burial at Sea’. However there’s been a slight time-slip. I hope to get them published soon, but for now…

‘Intouchables’.

This Easter I had a chance to see this wonderful movie once again. And it made just as huge impression on me, as it did the first time. If any of you haven’t seen it, I suggest to change it as soon as possible. Seriously. It’s an amazing movie with very good music. It doesn’t matter if it’s classical music, that one of protagonists loves, or pop, that second of them is into, or it’s the score by Ludovico Einaudi. It’s always great.

A word of warning: reading further will surely ruin a great part of experience for everyone, who decides to continue instead of watching the movie first. For those of you, who like to spoil themselves fun – a few words on what the movie is about. It’s a story of Philippe, a very wealthy man, who is quadriplegic, and his friend and caregiver, Driss, ex-con from Paris ghetto. It might make you expect drama. Well, you couldn’t be more wrong: the movie is a great comedy. Yes, the topic is very serious. However there is a balance in ‘Intouchables’. Funny scenes don’t do harm to seriousness of situation. How?

‘Intouchables’ is a story about finding another man, about finding happiness. And the best part is this: it actually happened. Driss (whose real name is Abdel Sellou) saved Philippe with his humour, his energy. Movie managed to show this joint journey without cheap tricks and being overly sentimental. And this journey is the reason I decided to write post.

A lot of things in our lives depends on ourselves. We have to take responsibility for our decisions and face their consequences. I don’t just mean being decisive as in free will and knowledge of good and evil. I also think of choices about our pleasures, how we want to spend time. Things that we foten do without giving it a thought. We decide about ourselves all the time. Books, movies, words. Sports. Philippe’s disability is a result of his own choice: going paragliding in the storm. That’s why he is chained to wheelchair. Driss served time in jail. If they were not to meet, probably both of them would end up bad. That’s what made me think the most about ‘Intouchables’. The rich man not only wouldn’t meet the woman he fell in love with, but – I dare to say – he would become suicidal. Caregiver would’ve probably make his police record and list of visited prisons much longer. However meeting of these two men, from entirely different worlds, brought something good to both of them. It brought them a friendship for life.

We like to perceive ourselves as highly independent. People free to decide about ourselves entirely. And as I said before – we surely have a lot to say about out lives. I truly believe that what matters the most, is what we choose. But we can’t underestimate how deeply we are affected by our relationships. Social interactions that we’re part of. People that we listen to.

We tend to forget that if we put on a mask, we somehow grow into it. That if we let others choose masks for us, we let them shape us. Sometimes that’s a good thing, sometimes – not that much. However it’s good to be aware of this fact. Just like it is good to keep your eyes open. To read, to learn, not to take anything for granted. To look for information. And to stay close to people, that make us the best we can be.

“Only lovers left alive”, czyli co może zachwycić nieśmiertelnych

Jakiś czas temu podjąłem próbę prowadzenia bloga. Miał się ograniczać do krótkich niby-recenzji muzycznych. Niestety, jakiś czas w postanowieniu trwałem, ale potem zaczęły się wykręty – brak czasu itd. Jednak chęć pisania bloga mnie nigdy nie opuściła. Raczej sam siebie próbowałem ograniczyć jego formą. Czemu pisać o jednej rzeczy, skoro spektrum zainteresowań mam znacznie szersze? Stąd ta reaktywacja, w nowym miejscu, ze zmienioną formułą. Do ponownego pisania właściwie popchnęła mnie notka Toreada, nt. filmu “Only Lovers Left Alive”. Poniższa notka zaczęła się jako komentarz do jego wpisu. Ale nie powiedziałem wtedy wszystkiego, co chciałem. Zatem – wersja rozszerzona. A przy okazji premiera Charlescape.

Powiem szczerze, że dotychczas nie byłem fanem Jarmuscha. Właściwie z jego filmów chyba jedynie z “Truposzem” próbowałem się zmierzyć. Jeśli dobrze pamiętam to dopiero 5 podejście zakończyło się sukcesem. O ile sukcesem można nazwać dotrwanie do końca filmu, bo myślami przy końcówce dryfowałem już całkiem daleko. Po co o tym piszę? Żeby zaznaczyć, że nie podchodziłem do filmu z pozycji fanboy’a, z przyklękiem. Zdecydowałem się go obejrzeć przez opinie, z którymi się zetknąłem. Znajomych z pracy, wspomnianego już wcześniej Toreada. Jak łatwo się można domyśleć z tego wstępu – film na mnie zrobił duże wrażenie.

Tilda Swinton i Tom Hiddleston są doskonale dobrani. Nie tylko pod kątem ich talentu aktorskiego, którego przecież obojgu nie brakuje. Chodzi też jednak o wzajemne dopełnienie się na ekranie. Dla mnie jest między nimi prawdziwa chemia. Pozbawiona dzikich porywów serca, szaleństw. Ale doskonale ze sobą współgrają w swojej samotności, swoim spokoju, i są wiarygodni. Z mojej strony: chapeau bas. Bardzo dobrze napisane postaci i bardzo dobrze przeprowadzony casting. Po obejrzeniu “Only lovers left alive” nie umiem sobie wyobrazić lepszej pary w tym filmie.

Wydaje mi się, że to dla mnie najbardziej interesujące przedstawienie wampirów, z jakim kiedykolwiek się spotkałem. Nie są tutaj ani potworami, ani romantycznymi kochankami, ani przeklętymi istotami. W każdym razie żadna z tych cech ich nie definiuje. Są wiecznymi istotami, w których namiętność jeśli się tli to – wraz z wiekiem – coraz bardziej w głębi.

Kiedy patrzyłem na Adama, przypomniały mi się słowa Anioła Śmierci z “Hellboy’a II”: “my heart is filled with dust and sand”. Takie nasunęło mi się skojarzenie. Adam, dla którego wszystko ma smak popiołu, wszystko poza krwią i sztuką. Nawet głębokie uczucie, którym darzy Eve jest w pewien sposób wyblakłe, skażone jego poczuciem jałowości otaczającego świata, przemijających epok. Pozostały tylko krew i muzyka, która jest go w stanie przyciągnąć nawet w stanie największej słabości. Piękny śpiew kobiety, jakby to ona była nadnaturalną istotą, syreną, a nie on, wampir. Marlowe, którego spokój runie tylko w trudnej sytuacji. Dopiero wtedy pozwoli sobie na wylanie z siebie żalu i rozgoryczenia, że jego sztuka podpisywana jest nazwiskiem kogoś innego. Cała chwała przypada komuś, kto na nią nie zasłużył. I to jego imię przetrwa. Eve, która z której opada maska obserwatorki, gdy oddaje się tańcu. Ava, która jako jedyna pełna jest nadal pasji, oddająca się jej z rozkoszą. I zupełnie nieprzystająca do świata, w którym żyją pozostali. Zabawne, że nigdy nie trafiał do mnie jakoś mocno klan Toreador. Ale po poznaniu bohaterów filmu Jarmuscha pierwszy raz mam wrażenie, że wiem jak wygląda dla jego członków egzystencja. I teraz do mnie o wiele bardziej przemawiają.

Znakomity film. Oprawa graficzna, muzyczna. O, muzyka mnie całkowicie uwiodła. Co ciekawe – jej współautorem jest sam Jarmusch. Zarówno utwory towarzyszące Maroku, jak i Stanom, hipnotyzują. Mają w sobie właśnie tę powolność całego filmu, całej egzystencji głównych bohaterów. Poczucie nieuchronności końca, którego wizja roztacza się przed Adamem. Cudowne “In Templum Dei”, z gościnnym występem Zoli Jesus, przy którym można odczuć zachwyt z obcowania z czymś pięknym, onieśmielającym majestatem. “Spooky Action at a Distance” niosące ze sobą niepokój, pełzający gdzieś pod skórą. Rozchodzący się gęsią skórką po całym ciele, jak można tego oczekiwać po tytule. Zachwycająca Yasmine Hamdan, gdy śpiewa “Hal”. Bezwiednie wabiąca zarówno Adama, jak i słuchacza. “This is Your Wilderness”. “The Taste of Blood”. Utwór po utworze. Ta płyta to będzie dla mnie niewątpliwie jedno z najważniejszych dokonań tego roku.

Z całego serca polecam też film. Żywej akcji w nim nie ma. Nie ma też epatowania przemocą, seksem. Ale jest w nim piękno podobne do tego, które wychwala. Tętni spokojnie i powoli. Być może pora, żebym sięgnął raz jeszcze po “Truposza” lub po któryś z pozostałych filmów Jarmuscha. Być może dojrzałem do ich tempa.