Zawiesiłem zupę w barze. Dobrze mi z tym

Ciężko się nie zgodzić. I nie wziąć przykładu.

Zniekształcenie poznawcze

Feed me

A post shared by Piotr Gnyp (@toread) on

Rzadko zdarza się, żeby w barze mlecznym ktoś śmierdział, ale czasami się trafia. Tak to jest, jak w jednym miejscu spotyka się cały przekrój społeczny III RP – od bezdomnego w łachmanach, przez niższe i wyższe klasy średnie aż do hipstera, którego od bezdomnego często odróżnia tylko zapach.

Lubię te miejsca. Niby wszystkie są takie same, a jednak każde ma swój specyficzny klimat. Obsługa może nam zafundować pełne spektrum stanów emocjonalnych, z misiowym “jem przecież” włącznie, wystrój może być zarówno nowoczesny, jak i rodem z wczesnego Gierka. Ale jedzenie jest zawsze dobre. I tanie.

I ludzie są tam naprawdę głodni.

Piszę o tym, bo przypomniał mi się znowu idiotyczny pomysł na “kawę zawieszoną”. W miejscu, gdzie ludzie pytają się, czy mogą dokończyć po dziecku ziemniaki i starają się załatwić głodnemu koledze talerz zupy u kierowniczki, można w pełni docenić…

View original post 120 more words

Advertisements

“Clementine to zapamięta”: strategie kształtowania zaangażowania emocjonalnego w grach „The Walking Dead” i „The Wolf Among Us”

Jakiś czas temu pisałem o “The Wolf Among Us”. W poniższej notce autorka zajmująco opowiada nie tylko o samej grze, ale również o mechanizmach psychologicznych, które graniu w nią towarzyszą. Warto!

Altergranie

Poniższy tekst jest lekko rozbudowaną i podrasowaną formą zapisu prelekcji, którą wygłosiłam podczas konferencji “Grasz?” w ramach festiwalu Ars Independent 2014. Spoilery? Są, ale raczej niewielkie,

Para obserwujących oczu. Na plakacie albo na zdjęciu. Czasem tylko tyle trzeba, by ludzie “przypomnieli sobie”, jak należy postępować.

Liczneeksperymentynaukowe udowodniły, że umieszczenie takiego obrazu w miejscu publicznym wystarczy, by zmniejszył się odsetek osób, które śmiecą, zaczepiają, kradną i dopuszczają się innych społecznie nieakceptowalnych zachowań. Taka zewnętrzna regulacja moralności, choć może budzić kontrowersje, jest możliwa dzięki neurologicznej architekturze naszego mózgu, który w procesie ewolucji dostosował się do wrogiego środowiska. Automatyczne i szybkie wykrycie cudzego wzroku pomagało naszym przodkom zorientować się, że obserwuje ich ludzki czy zwierzęcy przeciwnik, po czym odpowiednio zadziałać. Na dalszym etapie ewolucji umiejętność oceny wyrazu twarzy patrzącego na nas człowieka – w czym znaczną rolę odgrywają przecież oczy – była gwarantem powodzenia w społecznych interakcjach.

Plakat wykorzystany w eksperymencie opisanym w artykule ‘Cycle Thieves…

View original post 2,025 more words

Strange Years: Autumn Part One

Niedawno ukazała się pierwsza część serii komiksowej “Strange Years” zatytułowana “Jesień”. A właściwie to pierwsza część pierwszej części, ponieważ album nie stanowi pełnej opowieści o tej porze roku. Do “Zimy” jeszcze trochę. Pomysłodawcami i twórcami są Michał Śledziński i Artur Kurasiński. Może najpierw o nich dwa słowa.

Michał – tudzież Śledziu – to facet, na którego komiksach się wychowałem (choć wiele lat różnicy między nami nie ma). Komiksy w ŚGK, Fido i Mel, przejście Lorda Wiadro na ciemną stronę – żyje to w mojej pamięci do dzisiaj. Potem Produkt (który sprawił też, że poznałem m.in.: QotSA, Naked City i Fantomasa), Deluxe… No, podsumowując: darzę go szacunkiem ogromnym. Znana postać polskiego komiksu.

Art Kurasiński… Powiem szczerze, że do stosunkowo niedawna (choć pewniew epoce internetu rok czy dwa lata można przyjąć za epokę…) była mi to postać nieznana. Jednak przez ten czas trochę się dzięki niemu dowiedziałem nt. start-upów, techu i innych rzeczy. Trochę, ponieważ nie we wszystko mam możliwość zagłębić się na tyle, na ile bym chciał. W jednym zdaniu: duża wiedza i mocna pozycja (niczym Śledzia, choć w innym obszarze).

Zatem wreszcie o komiksie. Ciekaw byłem czy spodoba mi się efekt współpracy tych dwóch Panów. Spoiler: owszem. Ale po kolei.

Być może historia ta do mnie najbardziej trafiła ze względu na swój początek. Dzięki niemu nie jest dla mnie tylko kolejnym post apo. To do pewnego stopnia podróż do świata lęków sprzed kilkunastu lat. Ciężko mi powiedzieć. Jak zatem zaczyna się “Jesień”? Atakiem na WTC, 9/11. Zdaję sobie sprawę, że masakry ludności miały i mają miejsce cały czas. Nie twierdzę, że te śmierci z 2011 roku mają większe znaczenie. Ale ten moment, ten dzień był jednym z tych krytycznych, które mnie ukształtowały. Dwa i pół tygodnia przed 18. urodzinami poczułem się brutalnie wyrwany ze znanego mi świata. Pamiętam jak wróciłem ze szkoły włączyłem telewizor i patrzyłem w milczeniu przez kolejne godziny. Tym właśnie wita nas “Strange Years”: amerykańską rodziną w dniu Armageddonu. Inaczej niż u nas, w świecie komiksu 9/11 stanowiło preludium do dalszego koszmaru atomowego. I właśnie w takiej przyszłości żyją bohaterowie, Elvis i Reuben.

Pomysł Arta na punkt wyjściowy całości jest ciekawy. Historie alternatywne mają swój nieodparty urok, któremu zawsze się poddaję. Ale to dialogi Śledzia i jego charakterystyczna kreska dają opowieści i bohaterom życie. A są to postacie z krwi i kości. Nie mamy do czynienia – przynajmniej na razie – z post apokalipsą duszną, przytłaczającą, w palecie szaro-niebieskiego zimna. Wprost przeciwnie. Jest kolorowo (choć akcja na pustyni ogranicza możliwości w tym zakresie), z humorem. Bohaterowie przetrwali koniec dawnego świata i próbują cieszyć się życiem w nowym. Pojawiają się kanibale i mutanci (?), czyli coś, czego nie może zabraknąć w rasowej opowieści o Ziemi po nuklearnej zagładzie. No i w komiksie pojawia się… Sami zobaczcie. To był chyba dla mnie najbardziej zaskakujący kadr.

Nie chcę pisać wiele więcej. “Jesień” część pierwsza ma niecałe 50 stron, a o spoilery łatwo. Warto sprawdzić samemu. Tym bardziej, że komiks (wersję polską i angielską) i OST można ściągnąć za darmo ze strony oficjalnej. Planowana jest akcja crowdfundingowa na wydanie drukowane. Jeśli historia Was zainteresuje, a lubicie papier, to warto śledzić profil na Facebooku, gdzie na pewno będą wieści w tym temacie.

Czy stracimy tylko pracę, czy może coś więcej

Jakiś czas temu Toread zamieścił na swoim blogu bardzo interesującą notkę. Nie jest to zresztą nowość, co można łatwo sprawdzić, poprzez lekturę. W każdym razie notka, oraz komentarze pod nią, dały mi do myślenia. Sporo czasu to trwało, ale postanowiłem się wreszcie podzielić efektami tych dni, czy też tygodni, w których temat do mnie powracał.

Tutaj uwaga: dalsze czytanie nie ma sensu, bez zapoznania się z tym, co napisał Toread.

Zgadzam się – nie widzę żadnego sensownego rozwiązania poza koncepcją bezwarunkowego dochodu podstawowego. Nie potrafię sobie wyobrazić innego modelu, w którym powszechny jest brak pracy. Nie ze względu na inne uwarunkowania, ale właśnie przez wyeliminowanie z większości (o ile nie wszystkich) procesów produkcyjnych (również dóbr, nazwijmy je, niematerialnych, kulturowych) człowieka. Ogniwa najbardziej zawodnego. Choroby, brak motywacji, problemy osobiste, powodów, dla których może spaść nasza wartość w kontekście ekonomicznym. Wierzę, że to bardzo prawdopodobny scenariusz.

Powiem szczerze, że właśnie całkowicie nie przemawia do mnie wizja Vonneguta, którą przywołuje Sly w komentarzu. Jestem większym pesymistą. Mam wrażenie, że ludzie nie chcą być sprawczy. Ile osób interesuje się polityką i gospodarką? Nie skandalami, ale głębiej, jako dziedzinami, które w ogromnym stopniu wpływają na nasze życie i naszą przyszłość? Ile osób coraz częściej rezygnuje z udziału w wyborach? Nawet nie idą oddać głos nieważny, w ramach protestu, ale nie idą wcale. Czy to nie jest wycofanie się ze swojej funkcji jako władzy, jako tego, kto mówi “sprawdzam”? Oczywiście, piszę wyłącznie o sytuacji w Polsce, ponieważ tę znam. Ale to nie jest przecież jakiś odosobniony trend, niespotykany nigdzie indziej na świecie. Ludzie chcą wygodnego życia.

Wizja bezwarunkowego dochodu podstawowego to – w mojej ocenie – spełnienie snów socjalistów. Maszyny pracują, ludzie korzystają z plonów. Nie sądzę też by brak pracy miał być w takiej sytuacji czymś przerażającym, by miało tego komuś bardzo brakować. Dla wielu osób nie będzie. Sam takie miałem okazję poznać, widziałem też w telewizji. Do tej pory pamiętam pewnego mężczyznę, który w telewizji oznajmił bez żenady, że jest bezrobotny, bo za mniej niż 3000 PLN na rękę miesięcznie do pracy nie pójdzie. Tyle ma jak sobie podliczył różne ulgi, zasiłki, zapomogi. Także po co ma pracować? Tylko na jego ulgi, zasiłki i zapomogi, pracować musi ktoś inny. Ale czy takim osobom będzie przeszkadzać czy robię to ja, czy maszyna?

Z panią ekspedientką miło jest porozmawiać, to prawda. Ale nie zmienia to faktu, że udział zakupów przez internet rośnie. Tam nawet nie rozmawiamy z mechaniczną kukłą o wyglądzie człowieka. Nie potrzebujemy jej. Zakupy przez internet – z dowozem – są szybkie, wygodne, łatwe.

Dlatego nie sądzę, żeby była wiosna ludów. Będzie samozadowolenie. Może skrócimy najpierw dzień pracy? Może wydłużymy weekend o jeden dzień? Nie będzie rewolucji z naszej strony, bo i zmiany nie nastąpią w jednej chwili, z głośnym hukiem. Niektóre branże będą się zmieniać szybciej, inne wolniej. Będą sektory, w które będzie można uciec. A potem okaże się może, że właściwie nie ma po co uciekać, bo nie pracujesz, a dostajesz sensowne pieniądze. Za to, że spędzasz czas z rodziną.

Mnie w tym wszystkim przerażają dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy drogi do tego modelu ekonomiczno-społecznego. Mianowicie osoby u władzy mają takie wizje za czystą fantastykę, która się nigdy nie ziści. A teraz jest ten moment, w którym należy myśleć, działać, szukać rozwiązań. Inaczej faktycznie przyjdzie rewolucja, ale przez to, że nie zapewnimy przywoływanego bezwarunkowego dochodu podstawowego. Tymczasem mam poczucie, że nas, którzy tutaj o tym dyskutujemy, uważa się za równie wiarygodnych partnerów do rozmowy czy choćby wysłuchania, jak goście paradujący w czapeczkach z folii aluminiowej.

Druga sprawa to to, co nastąpi po osiągnięciu tego świata. Niech faktycznie zapanuje dobrobyt, a maszyny pracują na nasze szczęście. Czy kogoś będzie wtedy interesował rozwój? Obawiam się, że byłby to świat stagnacji. Po co się rozwijać, skoro jest nam wystarczająco dobrze. Ludzkość popadłaby w marazm. Zmiany generują braki, lęki. Lęk przed śmiercią i zapomnieniem sprawia, że chcemy tworzyć, coś po sobie zostawić. Braki dóbr w systemie społecznym generują pomysły rozwiązania problemów. Czy będą pojawiać się wizjonerzy? Oczywiście. Zawsze muszą. Społeczności nigdy nie są całkowicie jednolite, homogeniczne. Pytanie znacznie ważniejsze w moim odczuciu, to: czy zdołają kogoś za sobą porwać?

Tylko jaka inna droga nam pozostaje? Jaki mamy wybór w tym momencie, dzisiaj? Popadnięcie w stagnację już teraz? Jihad Butleriańska? Nie wiem.

Dzięki za posta, Toread, i za Twoją odpowiedź, Sly. Dały mi sporo do myślenia, jak zaznaczyłem na początku. I chyba wrócę do “Cruxa”, którego odłożyłem jakiś czas temu…

EDIT: poprawiłem literówkę, która weszła mi w oczy i wstyd mi za nią było niemiłosiernie plus w jednym miejscu wprowadziłem poprawne słowo (kulturowe zamiast kulturalne, bo to o to chodziło…).

“Burial at Sea”: sea of memories

Click here for the English version

“Burial at Sea”. Nareszcie notka, do której zabierałem się bardzo długo. Na dzień dobry tradycyjne już ostrzeżenie: dalej w tekście są spoilery wielkości mamutów. A teraz do rzeczy.

O tym, że podoba mi się “Bioshock Infinite” (oraz poprzednie części) już pisałem. Skąd zatem powrót do tej gry? Chodzi o dwuepizodowy dodatek, czyli “Burial at Sea”. Znakomity dodatek. Zanim zacznę pisać o swoich wrażeniach tylko kilka słów wstępu. Nie jestem beznadziejnie zakochany we wszystkim, co związane z tą grą. “Clash in the Clouds” uważam za bezczelny skok na kasę i gdybym go nie miał w ramach season pass, to bym się nie zdecydował. A gdybym wziął w ciemno, na pewno bym klął. Czemu o tym mówię?

Powód jest prosty: “Burial at Sea” będę do końca notki wychwalał pod niebiosa, całkowicie bezkrytycznie. Moim zdaniem te dwa epizody nie kwalifikują się już nawet jako dodatek do “Bioshock Infinite”. To dodatek do całej trylogii “Bioshock”. Epilog, post scriptum. Klamra spinająca całość. Dlaczego?

W “Bioshock Infinite” zdecydowanie “Bioshocka” bardzo wiele nie było. Były vigory, była podobna rozgrywka, ale w sensie fabularnym – nie za dużo. Oczywiście, mieliśmy dzienniki Finka i bliźniaków, był Songbird, a wreszcie na koniec dowiedzieliśmy się dlaczego “Infinite”. Usłyszeliśmy, że zawsze jest latarnia, mężczyzna i miasto. Jednak grze towarzyszło uczucie, że niezbyt mocno nawiązuje do pierwszej części swojego tytułu. Zakończenie było znakomite, ale zdecydowanie nie umieszczało całej historii mocniej w kontekście dwóch części poprzedzających. Dokonuje tego “Burial at Sea”.

Sprawa pierwsza i najprostsza: miejsce. Ponownie jesteśmy w Rapture. I przez pewien czas jest to całkiem przyjemna wizyta. Ulice są jeszcze stosunkowo spokojne, możemy przechadzać się pośród mieszkańców, którzy nie przeczuwają nadciągającej zagłady. Pierwszy odcinek przynosi nam raz jeszcze Bookera deWitt jako bohatera. Ponownie towarzyszy nam Elizabeth, ale tym razem jest naszą mocodawczynią. To ona zatrudnia nas, żebyśmy brodzili poprzez brud i przemoc tego podwodnego świata. To ona jest femme fatale w naszym kryminale, w tej opowieści o poszukiwaniach zaginionej dziewczynki. Intrygująca to podróż. Szybko staje się nieprzyjemna, ale dla fanów Rapture jest jak powrót do domu. Ponownie spotkamy Sandera Cohena. Raz jeszcze usłyszymy Andrew Ryana. Widzimy ten świat, nim przybył Jack. Nim rozpętało się Piekło.

Jednak największa przyjemność z grania towarzyszyła mi w drugim odcinku. Historia zaczyna się dokładnie od momentu, w którym się urwała, jednak kierujemy w nim poczynaniami Elizabeth. Wpływa to istotnie na sposób, w jaki wygląda rozgrywka. Dostajemy więcej skradania się, a mniej brutalnych zwarć. Z utraconymi zdolnościami, które do tej pory jednoznacznie się nam z Elizabeth kojarzyły, gracz – i bohaterka – są równie zagubieni, jak dawniej biedny Booker. Pojawiają się kolejne znaki zapytania, a odpowiedzi niewiele. A my, poszukując wyjaśnień, jeszcze mocniej zanurzamy się w… “Bioshock”, spotykając kolejnych starych znajomych: dr Yi Suchong (którego będziemy mieli okazję zobaczyć w trakcie nagrywania przez naukowca jednego z najsłynniejszych dzienników audio) i Atlasa. Wszystko po to, by poznać zakończenie, które zamyka cały cykl. Zakończenie (i dodatek) wart poświęconego mu czasu.

A teraz czy będziesz tak miły, by przekonać się sam, Czytelniku?

 

“Burial at Sea”. Finally the note, that I’ve been trying to write down for so long. First things first: let me warn you that there are mammoth-sized spoilers from now on. Having said that, let’s get started.

I already wrote that I like “Bioshock Infinite” (and previous installments). Then why do I come back to this game? Well, it’s all because of two episode DLC “Burial at Sea”. A truly amazing DLC. One more thing before I share my impressions. I’m not hopelessly in love with everything related to the game. “Clash in the Clouds” in nothing but an attempt to suck out more money from gamers’ pockets. If I didn’t have it in my season pass, I wouldn’t buy it. And if I bought it, still hyped by “BI”, well… I’d get mad. Why do I mention it?

It’s simple: I’m going to praise “Burial at Sea” until the very last word of this post. In my opinion these two episodes don’t even qualify as a “Bioshock Infinite” DLC. They are more of an expansion to the entire trilogy. Epilogue, post scriptum. Marking the entire story with a brace.

“Bioshock Infinite” surely didn’t have a lot of “Bioshock” in it. Yes, there were vigors, similar gameplay, but when it comes to plot – not that much. Of course, we had Fink’s diaries, the twins, Songbird and in the end we learned about the “Inifinite” part. We heard that “there’s always a lighthouse, a man and a city”. However the game lacked feeling of stronger ties to first part of it’s title. The ending was wonderful, but definitely didn’t set the entire plot strongly in the context of previous two parts. And that’s where “Burial at Sea” steps in and creates the missing link.

First and most obvious thing is the place. Once again we’re in Rapture. And for some time it’s sort of a pleasant visit. Streets are relatively peaceful, we get to walk among inhabitants, who don’t expect that there is a shadow already growing over their beloved home. The first episode of “Burial at Sea” makes us play Booker deWitt one more time. Again we have Elizabeth by our side, but this time she’s our employer. She hires us to wade through the dirt and violence of this underwater world. She is THE femme fatale in our crime story, story of a search for lost girl. It’s an interesting tale. Gets nasty pretty fast, but still feels like home, if you’re a fan of Rapture. We meet Sander Cohen again. Hear Andrew Ryan. We see how this world looked like, before Jack came down. Before all Hell broke loose.

However the most pleasant moment comes with episode two. The story pick right where episode one has ended, but this time we get to play as Elizabeth. That has it’s impact on the way you have to play. Gameplay turns more into stalking, than smashing heads in brutal encounters. And with abilities gone, those very abilities that until now we unambiguously connected with Elizabeth, we – and our protagonist as well – get just as lost, as poor Booker before. New question marks appear, but the answers aren’t coming. And as we look for explanations, we dive deeper into… “Bioshock”. Meeting old acquaintances: dr Yi Suchong (who we will get to see recording one of his most famous audio diaries) and Atlas. All of it to get to know the ending of entire saga. Final (and expansion) that is worth your time.

Now would you kindly go and check for yourself, dear Reader?

Movie Guide Dog

Click here for the English version

mgd

Widzieliście film “Tylko kochankowie przeżyją”? Albo “Grand Budapest Hotel”? Może “Locke”? Albo coś starszego: “Siedem”? “Incepcję”? “Żywot Briana”? Podobał się Wam “Forrest Gump”? “Szeregowiec Ryan”, “Zapach kobiety”, “Księżyc”, “Wszyscy mają się dobrze”, “Last Vegas”, “Uśpieni”, “Diabeł ubiera się u Prady”… Mógłbym tak długo wymieniać z jednego prostego powodu: ta lista nie ma końca. W chwili pisania tej notki na stronie IMDb jest 2,862,851 tytułów. Filmy dokumentalne. Fabularne. Niskobudżetowe, niezależne, megaprodukcje. Seriale. Ocean obrazów. Historie prawdziwe i opowieści fantastyczne. To wszystko jest dla nas na wyciągnięcie ręki. I z chęcią korzystamy. Dlatego – pomimo popularności serwisów pokroju Kinomaniaka – multipleksy (choć już nie kina studyjne, niestety, ale to temat na osobną notkę) mocno się trzymają. Przemawiają za tym Netflix, HBO. Yahoo, Microsoft i Amazon też przecież nie wchodzą do gry o widza bezpodstawnie. A to wszystko dostępne dla każdego. Tylko czy na pewno?

W Polsce żyje 145 000 osób niewidomych oraz 700 000 niedowidzących. W sumie to już całkiem blisko miliona. Te osoby nie mogą cieszyć się oglądaniem filmów. Ale można to zmienić. Może być w to ciężko uwierzyć, ale właśnie tak jest. Potrzeba tylko odpowiednich narzędzi. Jak zawsze. Niestety, w polskich kinach na próżno można by szukać podobnych udogodnień. Ale takim narzędziem może być aplikacja na smartfony Movie Guide Dog. Dowiedziałem się o niej od znajomego, trafiłem na stronę projektu na wspieram.to i… Wsparłem. Przyznaję, że wspieram.to mnie nie przekonuje (bez wdawania się w szczegóły), jednak jako zwolennik crowdfundingu spróbowałem (z powodzeniem) rozdzielić projekt i platformę, na której się pojawił. W efekcie założyłem konto specjalnie dla Movie Guide Dog, do czego zachęcam i Was. Pięć minut. Tyle czasu potrzeba. Niewiele. Podobnie jak wsparcie finansowe nie musi być ogromne. Sprawa nie jest tania, więc im więcej, tym lepiej. Jednak każda złotówka ma tutaj znaczenie. Nawet najniższa wpłata jest lepsza niż żadna.

Jak wiele nauczyłeś się z filmów dokumentalnych? Ile dowiedziałeś się o świecie oraz o sobie samym? Z iloma się nie zgadzałeś? Ile zmusiło Cię do myślenia i do zmiany stanowiska? Jak wiele wzruszeń przeżyłeś oglądając dramat? Ile razy przymykałeś oczy, gdy horror stawał się nie do zniesienia? Ile niesamowitych wizji science fiction zaparło Ci dech w piersiach?

Pozwólmy innym cieszyć się tym samym szczęściem. Nie, nie “pozwólmy”. Pomóżmy innym cieszyć się tym samym szczęściem. Niektórzy mogą nie dowierzać, że możliwe jest odczuwanie takich emocji, gdy nie można czegoś obejrzeć. Cóż, wystarczy chyba przypomnieć sobie panikę w Stanach Zjednoczonych, która wybuchła po audycji “Wojna światów” Orsona Wellesa. Albo posłuchać muzyki. Przecież to wyobraźnia jest w tym wszystkim najważniejsza. Użyjmy jej więc i dołóżmy się do tego projektu.

 

mgd Have you seen the movie “Only lovers left alive”? Or “The Grand Budapest Hotel”? Maybe “Locke”? Or something a little more seasoned: “Se7en”? “Inception”? “Life of Brian”? Did you enjoy “Forrest Gump”? “Saving Private Ryan”, “Scent of a Woman”, “Moon”, “Everybody’s Fine”, “Last Vegas”, “Sleepers”, “The Devil Wears Prada”… I could go on for a long time, for one simple reason: this is never ending list. Right now, when I’m writing this post, there is 2,862,851 titles on IMDb. Documentaries. Movies. Low-budget, indie, megaproductions. TV series. Ocean of pictures. True stories and tales of fantasies. They’re all within our reach. And we like to enjoy this fact. That’s why – despite the increasing popularity of pirate streaming sites – multiplexes are staying strong. Netflix, HBO – they back my opinion. Yahoo, Microsoft and Amazon have a reason to jump into the fight for viewers. And all of this available for everyone. Or maybe not?

In Poland there’s 145 000 visually impaired and 700 000 partially sighted people. Altogether that’s almost a million. These people can’t enjoy watching films. But it can change. It might be hard to believe, but that’s the way it is. They only need right tools. As always. Unfortunately, in Polish cinemas you could be looking for such facilities for a long time. However there could “be an app for that”. Movie Guide Dog App, for smartphones. I’ve heard of it from a friend of mine. I went to project website on wspieram.to (no worries, there’s English version as well) and… I supported it. I admit that I’m not a big fan of wspieram.to itself (without going further into details), but as a crowdfunding supporter I tried to put apart the project itself and the funding platform. In the end I created account just for Movie Guide Dog, what I strongly encourage you to do as well. Five minutes, that’s all it takes. Not that much, right? Just like your financial support doesn’t have to be high. The app ain’t cheap, so the more, the better. However every help counts. Even the lowest tier is better than none.

How much have you learned from documentaries? How much have you found out about yourself and the world around you? How often you disagreed? How many times you were forced to rethink your position? How many times have you been touched by drama? You closed your eyes, when horror was impossible to bear? How many amazing sci-fi visions took your breath away?

Let’s help others enjoy the same happiness. Some people might not believe that it is possible to feel such deep emotions, if you can’t watch the movie. Well, just remember the panic that spread through US after Orson Welles’ “War of the Worlds”. Or listen to the music. Imagination is the most important thing here, after all. So let’s use it and give a few PLNs.

 

“Intouchables”: you are not alone

Click here for the English version

Miały się pojawić dwie notki (o “The Grand Budapest Hotel” i “Burial at Sea”), ale nastąpił drobny poślizg w czasie. Mam nadzieję, że w najbliższych dniach je opublikuję, a póki co…

“Nietykalni”.

W Święta miałem okazję obejrzeć ten wspaniały film po raz drugi. I zrobił na mnie wrażenie równie duże, jak za pierwszym. Jeżeli ktoś nie widział, powinien to zmienić jak najszybciej. Mówię całkowicie poważnie. To znakomity film, z bardzo dobrą muzyką. Bez względu na to czy przychodzi nam akurat słuchać muzyki poważnej, w której zakochany jest jeden z bohaterów, czy muzyki rozrywkowej, za którą przepada drugi z nich, czy wreszcie muzyki filmowej, której autorem jest Ludovico Einaudi.

A teraz lojalnie ostrzegam: dalsza lektura zepsuje sporą część przyjemności z oglądania filmu każdemu, kto pokusi się o zapoznanie się z nią przed samym filmem. Co chyba jest oczywiste, ale wypadało to powiedzieć. Dla tych, którzy lubią sobie psuć frajdę – dwa zdania o czym właściwie jest film. To historia Philippe’a, bardzo majętnego mężczyzny, który jest sparaliżowany od szyi w dół, oraz jego pielęgniarza i przyjaciela, Drissa, pochodzącego z getta człowieka o kryminalnej przeszłości. Mogłoby się wydawać, że film jest dramatem. Nic bardziej mylnego – to znakomita komedia. Tak, temat nie jest lekki. Zachowana jednak została równowaga. Zabawne sceny w żaden sposób nie umniejszają powadze sytuacji. W jaki sposób?

“Nietykalni” są opowieścią o odnalezieniu drugiego człowieka, odnalezieniu szczęścia. A najlepsze jest to, że to prawdziwa historia. Driss (który w rzeczywistości nazywa się Abdel Sellou) swoim humorem, swoją energią uratował prawdziwego Philippe’a. Film zdołał bez popadania w tanie chwyty pokazać tę wspólną podróż. I właśnie ona jest powodem, dla którego napisałem notkę.

Wiele w naszym życiu zależy od nas samych. Musimy brać odpowiedzialność za nasze decyzje i ponosić ich konsekwencje. Nie mam tutaj na myśli wyłącznie niezależności w kontekście posiadania wolnej woli i umiejętności odróżniania dobra od zła. To również wybory dotyczące przyjemności, sposobu spędzania czasu. Rzeczy, które często robimy bez zastanowienia. Decydujemy o sobie nieustannie. Lektury, filmy, słowa. Sporty. Philippe jest kaleką za sprawą własnej lekkomyślności. Jego decyzja o wybraniu się na paralotnię w czasie burzy doprowadziła do wypadku, przez który przebywa w wózku. Driss ma za sobą wyrok. Gdyby się nie spotkali, można przypuszczać, że obaj by nie skończyli dobrze. I właśnie to mi najbardziej dało do myślenia w “Nietykalnych”. Bogacz nie tylko nie spotkałby się z kobietą, którą pokochał, ale wydaje mi się dalce prawdopodobne jego samobójstwo. Pielęgniarz przypuszczalnie wydłużyłby listę swoich przewinień i odwiedzonych zakładów karnych. A jednak spotkanie tych dwóch osób z całkowicie odmiennych światów przyniosło korzyść im obu. Przyniosło przyjaźń na całe życie.

Lubimy patrzeć na siebie jako na jednostki niezależne od innych. Ludzi wolnych, mogących całkowicie o sobie decydować. Jak wcześniej napisałem – mamy w sprawie swojego życia wiele do powiedzenia. Całkowicie wierzę, że najistotniejsze jest to, co robimy sami. Jednak nie należy zapominać jak bardzo kształtują nas nasze znajomości. Interakcje społeczne, w które wchodzimy. Osoby, których z uwagą słuchamy.

Zapominamy, że przyjmując czasem określone maski, zrastamy się z nimi. Pozwalając innym na to, żeby nam te maski zakładali, pozwalamy się kształtować. Czasem to dobrze, czasem wprost przeciwnie. Ale warto mieć świadomość tego faktu. Podobnie jak dobrze jest mieć szeroko otwarte oczy. Czytać, dowiadywać się, nie wierzyć na słowo. Poszukiwać informacji. I trzymać się blisko osób, przy których dajemy z siebie to, co najlepsze.

Intouchables

Intouchables

There were supposed to be two posts recently: one on ‘The Grand Budapest Hotel’ and one on ‘Burial at Sea’. However there’s been a slight time-slip. I hope to get them published soon, but for now…

‘Intouchables’.

This Easter I had a chance to see this wonderful movie once again. And it made just as huge impression on me, as it did the first time. If any of you haven’t seen it, I suggest to change it as soon as possible. Seriously. It’s an amazing movie with very good music. It doesn’t matter if it’s classical music, that one of protagonists loves, or pop, that second of them is into, or it’s the score by Ludovico Einaudi. It’s always great.

A word of warning: reading further will surely ruin a great part of experience for everyone, who decides to continue instead of watching the movie first. For those of you, who like to spoil themselves fun – a few words on what the movie is about. It’s a story of Philippe, a very wealthy man, who is quadriplegic, and his friend and caregiver, Driss, ex-con from Paris ghetto. It might make you expect drama. Well, you couldn’t be more wrong: the movie is a great comedy. Yes, the topic is very serious. However there is a balance in ‘Intouchables’. Funny scenes don’t do harm to seriousness of situation. How?

‘Intouchables’ is a story about finding another man, about finding happiness. And the best part is this: it actually happened. Driss (whose real name is Abdel Sellou) saved Philippe with his humour, his energy. Movie managed to show this joint journey without cheap tricks and being overly sentimental. And this journey is the reason I decided to write post.

A lot of things in our lives depends on ourselves. We have to take responsibility for our decisions and face their consequences. I don’t just mean being decisive as in free will and knowledge of good and evil. I also think of choices about our pleasures, how we want to spend time. Things that we foten do without giving it a thought. We decide about ourselves all the time. Books, movies, words. Sports. Philippe’s disability is a result of his own choice: going paragliding in the storm. That’s why he is chained to wheelchair. Driss served time in jail. If they were not to meet, probably both of them would end up bad. That’s what made me think the most about ‘Intouchables’. The rich man not only wouldn’t meet the woman he fell in love with, but – I dare to say – he would become suicidal. Caregiver would’ve probably make his police record and list of visited prisons much longer. However meeting of these two men, from entirely different worlds, brought something good to both of them. It brought them a friendship for life.

We like to perceive ourselves as highly independent. People free to decide about ourselves entirely. And as I said before – we surely have a lot to say about out lives. I truly believe that what matters the most, is what we choose. But we can’t underestimate how deeply we are affected by our relationships. Social interactions that we’re part of. People that we listen to.

We tend to forget that if we put on a mask, we somehow grow into it. That if we let others choose masks for us, we let them shape us. Sometimes that’s a good thing, sometimes – not that much. However it’s good to be aware of this fact. Just like it is good to keep your eyes open. To read, to learn, not to take anything for granted. To look for information. And to stay close to people, that make us the best we can be.

One more mile… “A Crooked Mile”

Click here for the English version

Ostatnim razem odgrażałem się, że idę grać w “Burial at Sea”. Poszedłem, epizod pierwszy za mną, jestem w trakcie drugiego, ale… Musiałem przerwać. Powód był prosty: wczoraj Telltale Games wypuściło kolejny (trzeci) odcinek “The Wolf Among Us”. Nie pozostało mi zatem nic innego jak ponownie wcielić się w Bigby’ego Wolfa i podjąć trop (sic).

Uwaga! Dalej będą spoilery. Nie zamierzam opowiadać wszystkiego scena po scenie, jestem bardzo daleki od podobnego zamysłu. Niemniej nie da się uniknąć napisania pewnych informacji istotnych dla fabuły. Nawet bardzo.

Najpierw trailer:

Trzeci odcinek opowieści o poszukiwaniach mordercy z Fabletown prezentuje bardzo dobry poziom. Czy lepszy niż drugi? Nie wiem, dla mnie to właściwie ta sama kategoria. Historia zostaje podjęta dokładnie w momencie, w którym ostatnio przyszło nam się rozstać z bohaterami. Bigby miota się w Open Arms, chory z nienawiści i niepokoju po swoim odkryciu z poprzedniej części. Rzuca się na trop i podąża za nim konsekwentnie. Wytrwałość głównego bohatera zostaje nagrodzona, ponieważ w tym odcinku dowiadujemy się wreszcie kto zabił i kto za mordercą stoi. Nawet jeśli niewiele to – póki co – wyjaśnia. Ale połowa sezonu za nami, więc przyjemnie jest patrzeć, jak wątki zaczynają się splatać w całość.

Rozgrywka przebiega, oczywiście, tak samo, jak dotychczas. Chyba po grę nie sięgnął nikt, kto nie wiedział, co dostanie. Jesteśmy prowadzeni za rękę, nasze możliwości wyboru są dość ograniczone. Zwykle decydować możemy o tym, na ile niemili będziemy w trakcie rozmowy. Czy mi to przeszkadza? Absolutnie. Historia idzie dzięki temu szybko do przodu. Nie w każdej grze potrzebne są tysiące pobocznych wątków. Cieszę się, że już za dwa odcinki będę wszystko wiedział. Open-world to świetna sprawa, ale jakby miał być w każdej grze, to życia by nie wystarczyło na zagranie nawet w niewielki ułamek dostępnych tytułów.

Grafika kogo kupiła wcześniej, ten nie będzie miał z nią problemu i teraz. No i wreszcie muzyka. Muzyka mnie w tytułach Telltale Games zachwyca. Związany ze studiem kompozytor, Jared Emerson-Johnson, jest znakomity w tym, co robi. Pod kątem oprawy dźwiękowej moim faworytem w tym odcinku jest scena konfrontacji z Auntie Greenleaf. Mógłbym włączyć grę tylko po to, żeby posłuchać melodii, która towarzyszy dyskusji z czarownicą. Na szczęście z opresji wybawia mnie YouTube. Inaczej pewnie bym tak robił, jak lata temu w przypadku “Deionarra Theme” z “Planescape: Torment” (to jest melodia! Marku Morgan kłaniam się w pas, do dzisiaj jestem całkowicie oczarowany). Mam nadzieję, że ścieżka dźwiękowa (właściwie to ścieżki, bo moja uwaga odnosi się i do “The Walking Dead”) zostanie udostępniona na sprzedaż. Gdyby tak na bandcampie, jak “In the Pines”… Byłoby cudownie. Telltale Games zróbcie coś w tym kierunku!

To co jest najbardziej interesujące – poza fabułą – to bohaterowie. I “A Crooked Mile” nie zawodzi również tutaj. W pierwszym odcinku najbardziej mnie fascynował sam protagonista, Bigby. Nie znam komiksu “Fables”, więc było to nasze pierwsze spotkanie i byłem tą postacią zaintrygowany. Nadal jestem, jednak w kolejnych odcinkach inne postaci go przyćmiewają. W drugim – mimo antypatii, którą we mnie wzbudził – najciekawszy był Georgie Porgie. Zapewne nic z tym dziwnego, skoro wokół niego kręcił się odcnek. W trzecim gwiazdą jest dla mnie Krwawa Mary. Pojawia się na stosunkowo krótko, ale za to jakie ma efektowne wejście! Póki co stanowi w moim odczuciu gwiazdę całej serii. Świetnie wygląda, ma znakomity głos i kwestie. A przede wszystkim jest znakomicie napisana. Przykuwa uwagę od pierwszej chwili i widać, że Bigby będzie miał w niej godnego siebie przeciwnika. To nie pierdołowaci bracia Tweedle ani tchórzliwy Crane. Krwawa Mary doskonale zna się na swojej robocie. I do tego lubi swoje zajęcie. Szczerze mówiąc intryguje mnie bardziej niż The Crooked Man, bez którego mógłbym się obejść. Oczywiście, czas pokaże, ale nie spodziewam się nikogo równie ciekawego w pozostałych dwóch odcinkach.

Podsumowując: kawał znakomitej roboty. Warto zagrać. A skoro o tym mowa… Gram w każdy odcinek dwa razy: za pierwszym podejmuję wszelkie decyzje, których przyjdzie mi się potem trzymać, do końca sezonu. Poznaję historię. Za drugim odblokowuję te wpisy w “Book of Fables”, których nie zdobyłem za pierwszym. Ale nigdy nie wpływa to na chęć zmiany czegokolwiek w głównym wątku. Dzisiaj za drugim razem trafiłem do mieszkania Ichaboda Crane, które wcześniej ominąłem całkowicie. Grałem i towarzyszyła mi myśl: trzeba było pójść tutaj i pogadać z Jackiem. A jednak tego nie zmienię. “The Wolf Among Us” to gra, w któej nie ma miejsca na takie oszukiwanie. Podejmujesz decyzję, dobra lub złą, i trwasz w niej. Bo Los nie daje drugiej szansy. Zapewne przejdę tę grę raz i nigdy więcej nie wrócę, właśnie z tego powodu. To byłoby jak oszukiwanie.

Cholera, to chyba najbliższe do legendarnej immersji, co udało mi się osiągnąć. Jedzenie, spanie itd. w czasie rzeczywistym do mnie nie przemawia, ale stworzenie we mnie przeświadczenia, że “load” będzie oszustwem? Brawo.

 

 

In the last sentences of my previous post, I stated that now I’m going to play “Burial at Sea”. Well, I did, I finished Episode 1 and am in the middle of Episode 2. However I had to pause for a moment. The reason is simple: yesterday telltale games released third episode of “The Wolf Among Us”. So what else could I do? I had to step into Bigby’s shoes again and pick up the trail (pun intended).

Warning! There are going to be spoilers from now on. It’s not my intention to get into details about every scene from “A Crooked Mile”, but it’s impossible to avoid giving away some of important – very important – plot details.

For starters, trailer:

Third episode of Fabletown murders investigation holds high standards. Is it better than the second one? I’m not sure, for me they’re equally good. The story picks up exactly where we parted ways with the show. Bigby’s hatred and anxiety got him shaking, after his discovery in “Smoke and Mirrors”. He picks the trail and consequently follows it. Perseverance of protagonist is rewarded, because in this episode we finally get to know who is the killer and who’s pulling the strings from shadows. Not that it says a lot, but we have half of season behind us, so it’s nice to see that threads are starting to come together.

Of course the game looks as it did before. We’re guided carefully with not much of a choice left. Usually we get to decide how (un)kind are we goind to be during conversation. Does it bother me? Not at all. That’s the reason why plot moves forward at a quick pace. Not every game needs thousands of secondary quests, thankfully. I’m glad that in just two episodes I’m going to know everything. Open-world is great, but if it was in every single game, life would be too short to play even a decimal fraction of available titles.

Whoever was pleased with graphics before, will be glad once again. And finally music. Music from Telltale Games enchants, entirely. Telltale Games composer, Jared Emerson-Johnson, is perfect at his job. My personal favourite in this episode – when it comes to score – is scene of confrontation with Auntie Greenleaf. I could launch the game only to listen to music, that accompanies discussion with the witch. Thankfully we got YouTube. Otherwise I would start the game just for the sake of soundtrack, just like I did years ago with “Deionarra Theme” from “Planescape: Torment” (now that’s a great tune! Mark Morgan, I bow to you. Until this day I’m moved when I hear it). Anyway I hope the OST (OSTs actually, because it applies also to “The Walking Dead”) is going to be released for sale. If only it was on bandcamp, like “In the Pines”… Telltale Games do something about it!

What’s the most interesting – besides the plot – are the characters. And “A Crooked Mile” is a winnner here as well. In the first episode I was interested the most in main protagonist. I’m not familiar with “Fables” comic, so it was the first time we got to know each other and I was intrigued. Still am, but in next episodes there came characters that outshined him. In second it was Georgie Porgie, despite my aversion. Probably that’s understandable since he was the center of entire ep. In third part the brightest star is Bloody Mary, no doubt. She’s not very long on-screen, but it’s surely an impressive entree! In my opinion she is going to be the best there is to come in entire season. She looks great, voice acting (and her voice) is amazing, her lines are sharp. But most importantly she is well-written. She grabs your attention immediately and won’t let go easily. The moment she steps up it’s obvious that she is going to be a worthy opponent for Bigby. This ain’t no clumsy Tweedle brothers or coward Crane. Bloody Mary knows her job very, very well. And her job is what she loves. Honestly, I’m far more intrigued by her than by The Crooked Man. Of course, we’ll have to wait and see, but I doubt there’s going to be anyone as interesting in the remaining two episodes.

So to summarise it all: nice work! Definitely worth your time. And while we’re at it… I play every episode twice. When I do it for the first time, I make the choices that I’m going to hold on to until the end of season. I’m getting to know the plot. And then comes the second time: unlocking “Book of Fables” entries, that I didn’t get in first playthrough. But it never affects, in any way, my previous choices. Today, when I was doing my second run, I went to Crane’s apartment, totally left out earlier. I was there and I felt like: “I should’ve come here and talk to Jack”. And that’s it. I’m not going to change my choices, load my “main” save. “The Wolf Among Us” is no place for such cheating. You make a choice, good or bad, and you stay with it. Fate never gives a second chance. Probably I’m going to play this game once and then never get back to it. And that’s the reason. Making other choices would feel like cheating.

Damn,  guess it’s the closest I’ve ever been to this legendary immersion. Eating, sleeping (and so on) in real time is not going to impress me, but making me feel like a cheater if I make a “load” and choose differently? Well done!

Sukces! Przeszedłem “Bioshock Infinite”

Niedawno ukazał się drugi epizod “Burial at Sea”, dodatku do “Bioshock Infinite”. W sieci powszechne są zachwyty, co mnie bardzo cieszy. Dlaczego? Cóż, dopiero w ubiegłym tygodniu skończyłem grę podstawową. Z właściwą sobie gracją, czyli rok po premierze (prawie idealnie – gra ukazała się 26.03.2013).

Myśl, że dopiero zagram w “Burial at Sea” zachwyca mniez dwóch powodów.  Po pierwsze: to zawsze wizyta w Rapture. Po drugie: sądząc po opiniach nie mamy tutaj do czynienia z typowym skokiem na kasę (tzn. do pewnego stopnia mamy, w końcu płacimy za coś, co już znamy). Grafika, oprawa dźwiękowa – wszystko to jest na znakomitym poziomie, do którego Irrational Games zdążyło nas przyzwyczaić. Ale co najważniejsze, podobno również fabuła została przyzwoicie napisana. Ale nie o tym miałem pisać, szczerze mówiąc. W końcu jeszcze nie wróciłem do podmorskiego miasta Andrew Ryana.

O czym zatem jest ta notka? Ano, o samym “Bioshock Infinite”.

Rzadko kończę gry. Nie dlatego, że ich nie lubię albo przejście historii od A do Z mnie nie wciąga. Po prostu nagle na horyzoncie pojawia się coś innego. Do pogrania, do obejrzenia, do przeczytania. A na wszystko życia nie wystarczy. “Bioshock Inifnite” czekał na półce długo na swoją kolej. Kupiłem go w momencie przeprowadzki, w nowym miejscu były chwilowe problemy z podpięciem się do neta (lubię swojego xboxa, ale jednak nigdy nie kupiłem do niego dostawki pozwalającej na granie bezprzewodowo – są jakieś granice palenia domowego budżetu). Potem było coś innego, coś innego. Koniec końców – niedawno wreszcie sięgnąłem, powodowany sentymentem za pierwszymi dwiema częściami. “Bioshock” to jedna z gier, które nie tylko przeszedłem, ale do których zdarza mi się wrócić.

“Infinite” to inny świat (do pewnego stopnia), jasne, jednak te same osoby są za niego odpowiedzialne. I trochę jest to tylko zmiana scenografii. Bohaterowie są inni, historia nowa, ale odnaleźć można tutaj to samo, co przykuwało do poprzedniczek. Znowu postacie są żywe, nie z papieru. Znowu opowieść mówi o niewinności, która jest narzędziem w rękach dorosłych. Moje wrażenia? Jak najbardziej pozytywne, co wiadomo przecież od pierwszego akapitu niniejszej notki.

Nie jestem z osób, które potrzebują niesamowitej grafiki, żeby pokochać grę. Miło jak jest ładna, niewątpliwie przyjemnie jest popatrzeć na Elisabeth, ale to nie jest najważniejsze. Nie jestem poszukiwaczem immersji – gra to gra, gra to rozrywka, a nie życie. Także nie oczekuję, że się w niej będę mógł “zatopić”. Niemniej do grafiki absolutnie nie można mieć zastrzeżeń. Podobnie do muzyki – utwory dobrane są znakomicie. Równie doskonale, co niegdyś przez Interplay do “Fallouta”.

 

Ale tym co mnie najbardziej przykuło była historia. I właśnie na tym mi zazwyczaj zależy najbardziej: na wciągającej opowieści, która (niczym dobra książka) chwyci i nie będzie chciała puścić. Nawet niekoniecznie potrzebna mi jest swoboda w decydowaniu o wszystkim. Może dlatego tak ogromnie mnie ciągnie do gier Telltale Games. Gracz jest w nich przecież prowadzony za rączkę, a jednak nadal ma się poczucie dokonywania wyboru. Trzeba przejść z A do B, ale można wybrać czy pójdzie się ścieżką w lewo, czy w prawo. Podsumowując: jeśli tylko wciągnie mnie fabuła, wiele mogę wybaczyć.

Czy zatem historia w “Bioshock Infinite” jest istotnie wyjątkowa? Nie. Czy jest to coś nowego, czego nie było przedtem? Absolutnie. Zatem o co chodzi? O sposób podania. Tym, co stanowi o sile gier Irrational Games (raczej: stanowiło) są dla mnie dialogi. Dialogi, postacie i pieczołowicie budowany z ich pomocą świat. To dzięki nim opowieść staje się tak wciągająca. Przede wszystkim Elizabeth jest wiarygodna. Wiele w tym zasługi Courtnee Draper, której głosem bohaterka przemawia, ale bez sensownych tekstów nawet przyjemna barwa głosu na nic by się nie zdała. Na tej postaci spoczywała ogromna odpowiedzialność, ponieważ towarzyszy nam praktycznie przez całą grę. Należą się jej oklaski, ponieważ dźwiga ten ciężar z łatwością. Postać Bookera deWitt, głównego bohatera, była dla mnie mniej ciekawa, mniej intrygująca – co można przyjąć za wadę, ale z drugiej strony – mówimy przecież o strzelance. Również postać przeciwnika wypada na tle Elizabeth dość blado. Niemniej Zachary Comstock także ma swoją ciekawą historię i na pewno warto ją poznać. A skoro o nim mowa… “Bioshock Infinite” podobał mi się również dlatego, że traktuję tę grę jako głos sprzeciwu wobec fanatyzmu. Nie tylko religijnego. Zachary Hale Comstock i The Founders są niewątpliwie na pierwszym planie, ale równie równie bezduszna jest radykalna Daisy Fitzroy i jej Vox Populi. Jednak chyba przede wszystkim gra mi się podoba, ponieważ ta opowieść o odkupieniu Bookera deWitta ma gorzki posmak. Odkupienie nie przyjmuje tu postaci chórów anielskich śpiewających na końcu drogi “Gloria! Gloria! Alleluja!”. Odkupienie ma wysoką cenę. Dokładnie tak, jak powinno. W końcu mowa tu o płaceniu za błędy. A często dzisiaj chcemy zapomnieć, że długi trzeba spłacać.

Jeśli jest ktoś, kto jeszcze nie grał – polecam. Warto.

A ja się zabieram za “Burial at Sea”. Wreszcie.