“Only lovers left alive”, czyli co może zachwycić nieśmiertelnych

Jakiś czas temu podjąłem próbę prowadzenia bloga. Miał się ograniczać do krótkich niby-recenzji muzycznych. Niestety, jakiś czas w postanowieniu trwałem, ale potem zaczęły się wykręty – brak czasu itd. Jednak chęć pisania bloga mnie nigdy nie opuściła. Raczej sam siebie próbowałem ograniczyć jego formą. Czemu pisać o jednej rzeczy, skoro spektrum zainteresowań mam znacznie szersze? Stąd ta reaktywacja, w nowym miejscu, ze zmienioną formułą. Do ponownego pisania właściwie popchnęła mnie notka Toreada, nt. filmu “Only Lovers Left Alive”. Poniższa notka zaczęła się jako komentarz do jego wpisu. Ale nie powiedziałem wtedy wszystkiego, co chciałem. Zatem – wersja rozszerzona. A przy okazji premiera Charlescape.

Powiem szczerze, że dotychczas nie byłem fanem Jarmuscha. Właściwie z jego filmów chyba jedynie z “Truposzem” próbowałem się zmierzyć. Jeśli dobrze pamiętam to dopiero 5 podejście zakończyło się sukcesem. O ile sukcesem można nazwać dotrwanie do końca filmu, bo myślami przy końcówce dryfowałem już całkiem daleko. Po co o tym piszę? Żeby zaznaczyć, że nie podchodziłem do filmu z pozycji fanboy’a, z przyklękiem. Zdecydowałem się go obejrzeć przez opinie, z którymi się zetknąłem. Znajomych z pracy, wspomnianego już wcześniej Toreada. Jak łatwo się można domyśleć z tego wstępu – film na mnie zrobił duże wrażenie.

Tilda Swinton i Tom Hiddleston są doskonale dobrani. Nie tylko pod kątem ich talentu aktorskiego, którego przecież obojgu nie brakuje. Chodzi też jednak o wzajemne dopełnienie się na ekranie. Dla mnie jest między nimi prawdziwa chemia. Pozbawiona dzikich porywów serca, szaleństw. Ale doskonale ze sobą współgrają w swojej samotności, swoim spokoju, i są wiarygodni. Z mojej strony: chapeau bas. Bardzo dobrze napisane postaci i bardzo dobrze przeprowadzony casting. Po obejrzeniu “Only lovers left alive” nie umiem sobie wyobrazić lepszej pary w tym filmie.

Wydaje mi się, że to dla mnie najbardziej interesujące przedstawienie wampirów, z jakim kiedykolwiek się spotkałem. Nie są tutaj ani potworami, ani romantycznymi kochankami, ani przeklętymi istotami. W każdym razie żadna z tych cech ich nie definiuje. Są wiecznymi istotami, w których namiętność jeśli się tli to – wraz z wiekiem – coraz bardziej w głębi.

Kiedy patrzyłem na Adama, przypomniały mi się słowa Anioła Śmierci z “Hellboy’a II”: “my heart is filled with dust and sand”. Takie nasunęło mi się skojarzenie. Adam, dla którego wszystko ma smak popiołu, wszystko poza krwią i sztuką. Nawet głębokie uczucie, którym darzy Eve jest w pewien sposób wyblakłe, skażone jego poczuciem jałowości otaczającego świata, przemijających epok. Pozostały tylko krew i muzyka, która jest go w stanie przyciągnąć nawet w stanie największej słabości. Piękny śpiew kobiety, jakby to ona była nadnaturalną istotą, syreną, a nie on, wampir. Marlowe, którego spokój runie tylko w trudnej sytuacji. Dopiero wtedy pozwoli sobie na wylanie z siebie żalu i rozgoryczenia, że jego sztuka podpisywana jest nazwiskiem kogoś innego. Cała chwała przypada komuś, kto na nią nie zasłużył. I to jego imię przetrwa. Eve, która z której opada maska obserwatorki, gdy oddaje się tańcu. Ava, która jako jedyna pełna jest nadal pasji, oddająca się jej z rozkoszą. I zupełnie nieprzystająca do świata, w którym żyją pozostali. Zabawne, że nigdy nie trafiał do mnie jakoś mocno klan Toreador. Ale po poznaniu bohaterów filmu Jarmuscha pierwszy raz mam wrażenie, że wiem jak wygląda dla jego członków egzystencja. I teraz do mnie o wiele bardziej przemawiają.

Znakomity film. Oprawa graficzna, muzyczna. O, muzyka mnie całkowicie uwiodła. Co ciekawe – jej współautorem jest sam Jarmusch. Zarówno utwory towarzyszące Maroku, jak i Stanom, hipnotyzują. Mają w sobie właśnie tę powolność całego filmu, całej egzystencji głównych bohaterów. Poczucie nieuchronności końca, którego wizja roztacza się przed Adamem. Cudowne “In Templum Dei”, z gościnnym występem Zoli Jesus, przy którym można odczuć zachwyt z obcowania z czymś pięknym, onieśmielającym majestatem. “Spooky Action at a Distance” niosące ze sobą niepokój, pełzający gdzieś pod skórą. Rozchodzący się gęsią skórką po całym ciele, jak można tego oczekiwać po tytule. Zachwycająca Yasmine Hamdan, gdy śpiewa “Hal”. Bezwiednie wabiąca zarówno Adama, jak i słuchacza. “This is Your Wilderness”. “The Taste of Blood”. Utwór po utworze. Ta płyta to będzie dla mnie niewątpliwie jedno z najważniejszych dokonań tego roku.

Z całego serca polecam też film. Żywej akcji w nim nie ma. Nie ma też epatowania przemocą, seksem. Ale jest w nim piękno podobne do tego, które wychwala. Tętni spokojnie i powoli. Być może pora, żebym sięgnął raz jeszcze po “Truposza” lub po któryś z pozostałych filmów Jarmuscha. Być może dojrzałem do ich tempa.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s