“Intouchables”: you are not alone

Click here for the English version

Miały się pojawić dwie notki (o “The Grand Budapest Hotel” i “Burial at Sea”), ale nastąpił drobny poślizg w czasie. Mam nadzieję, że w najbliższych dniach je opublikuję, a póki co…

“Nietykalni”.

W Święta miałem okazję obejrzeć ten wspaniały film po raz drugi. I zrobił na mnie wrażenie równie duże, jak za pierwszym. Jeżeli ktoś nie widział, powinien to zmienić jak najszybciej. Mówię całkowicie poważnie. To znakomity film, z bardzo dobrą muzyką. Bez względu na to czy przychodzi nam akurat słuchać muzyki poważnej, w której zakochany jest jeden z bohaterów, czy muzyki rozrywkowej, za którą przepada drugi z nich, czy wreszcie muzyki filmowej, której autorem jest Ludovico Einaudi.

A teraz lojalnie ostrzegam: dalsza lektura zepsuje sporą część przyjemności z oglądania filmu każdemu, kto pokusi się o zapoznanie się z nią przed samym filmem. Co chyba jest oczywiste, ale wypadało to powiedzieć. Dla tych, którzy lubią sobie psuć frajdę – dwa zdania o czym właściwie jest film. To historia Philippe’a, bardzo majętnego mężczyzny, który jest sparaliżowany od szyi w dół, oraz jego pielęgniarza i przyjaciela, Drissa, pochodzącego z getta człowieka o kryminalnej przeszłości. Mogłoby się wydawać, że film jest dramatem. Nic bardziej mylnego – to znakomita komedia. Tak, temat nie jest lekki. Zachowana jednak została równowaga. Zabawne sceny w żaden sposób nie umniejszają powadze sytuacji. W jaki sposób?

“Nietykalni” są opowieścią o odnalezieniu drugiego człowieka, odnalezieniu szczęścia. A najlepsze jest to, że to prawdziwa historia. Driss (który w rzeczywistości nazywa się Abdel Sellou) swoim humorem, swoją energią uratował prawdziwego Philippe’a. Film zdołał bez popadania w tanie chwyty pokazać tę wspólną podróż. I właśnie ona jest powodem, dla którego napisałem notkę.

Wiele w naszym życiu zależy od nas samych. Musimy brać odpowiedzialność za nasze decyzje i ponosić ich konsekwencje. Nie mam tutaj na myśli wyłącznie niezależności w kontekście posiadania wolnej woli i umiejętności odróżniania dobra od zła. To również wybory dotyczące przyjemności, sposobu spędzania czasu. Rzeczy, które często robimy bez zastanowienia. Decydujemy o sobie nieustannie. Lektury, filmy, słowa. Sporty. Philippe jest kaleką za sprawą własnej lekkomyślności. Jego decyzja o wybraniu się na paralotnię w czasie burzy doprowadziła do wypadku, przez który przebywa w wózku. Driss ma za sobą wyrok. Gdyby się nie spotkali, można przypuszczać, że obaj by nie skończyli dobrze. I właśnie to mi najbardziej dało do myślenia w “Nietykalnych”. Bogacz nie tylko nie spotkałby się z kobietą, którą pokochał, ale wydaje mi się dalce prawdopodobne jego samobójstwo. Pielęgniarz przypuszczalnie wydłużyłby listę swoich przewinień i odwiedzonych zakładów karnych. A jednak spotkanie tych dwóch osób z całkowicie odmiennych światów przyniosło korzyść im obu. Przyniosło przyjaźń na całe życie.

Lubimy patrzeć na siebie jako na jednostki niezależne od innych. Ludzi wolnych, mogących całkowicie o sobie decydować. Jak wcześniej napisałem – mamy w sprawie swojego życia wiele do powiedzenia. Całkowicie wierzę, że najistotniejsze jest to, co robimy sami. Jednak nie należy zapominać jak bardzo kształtują nas nasze znajomości. Interakcje społeczne, w które wchodzimy. Osoby, których z uwagą słuchamy.

Zapominamy, że przyjmując czasem określone maski, zrastamy się z nimi. Pozwalając innym na to, żeby nam te maski zakładali, pozwalamy się kształtować. Czasem to dobrze, czasem wprost przeciwnie. Ale warto mieć świadomość tego faktu. Podobnie jak dobrze jest mieć szeroko otwarte oczy. Czytać, dowiadywać się, nie wierzyć na słowo. Poszukiwać informacji. I trzymać się blisko osób, przy których dajemy z siebie to, co najlepsze.

Intouchables

Intouchables

There were supposed to be two posts recently: one on ‘The Grand Budapest Hotel’ and one on ‘Burial at Sea’. However there’s been a slight time-slip. I hope to get them published soon, but for now…

‘Intouchables’.

This Easter I had a chance to see this wonderful movie once again. And it made just as huge impression on me, as it did the first time. If any of you haven’t seen it, I suggest to change it as soon as possible. Seriously. It’s an amazing movie with very good music. It doesn’t matter if it’s classical music, that one of protagonists loves, or pop, that second of them is into, or it’s the score by Ludovico Einaudi. It’s always great.

A word of warning: reading further will surely ruin a great part of experience for everyone, who decides to continue instead of watching the movie first. For those of you, who like to spoil themselves fun – a few words on what the movie is about. It’s a story of Philippe, a very wealthy man, who is quadriplegic, and his friend and caregiver, Driss, ex-con from Paris ghetto. It might make you expect drama. Well, you couldn’t be more wrong: the movie is a great comedy. Yes, the topic is very serious. However there is a balance in ‘Intouchables’. Funny scenes don’t do harm to seriousness of situation. How?

‘Intouchables’ is a story about finding another man, about finding happiness. And the best part is this: it actually happened. Driss (whose real name is Abdel Sellou) saved Philippe with his humour, his energy. Movie managed to show this joint journey without cheap tricks and being overly sentimental. And this journey is the reason I decided to write post.

A lot of things in our lives depends on ourselves. We have to take responsibility for our decisions and face their consequences. I don’t just mean being decisive as in free will and knowledge of good and evil. I also think of choices about our pleasures, how we want to spend time. Things that we foten do without giving it a thought. We decide about ourselves all the time. Books, movies, words. Sports. Philippe’s disability is a result of his own choice: going paragliding in the storm. That’s why he is chained to wheelchair. Driss served time in jail. If they were not to meet, probably both of them would end up bad. That’s what made me think the most about ‘Intouchables’. The rich man not only wouldn’t meet the woman he fell in love with, but – I dare to say – he would become suicidal. Caregiver would’ve probably make his police record and list of visited prisons much longer. However meeting of these two men, from entirely different worlds, brought something good to both of them. It brought them a friendship for life.

We like to perceive ourselves as highly independent. People free to decide about ourselves entirely. And as I said before – we surely have a lot to say about out lives. I truly believe that what matters the most, is what we choose. But we can’t underestimate how deeply we are affected by our relationships. Social interactions that we’re part of. People that we listen to.

We tend to forget that if we put on a mask, we somehow grow into it. That if we let others choose masks for us, we let them shape us. Sometimes that’s a good thing, sometimes – not that much. However it’s good to be aware of this fact. Just like it is good to keep your eyes open. To read, to learn, not to take anything for granted. To look for information. And to stay close to people, that make us the best we can be.

One more mile… “A Crooked Mile”

Click here for the English version

Ostatnim razem odgrażałem się, że idę grać w “Burial at Sea”. Poszedłem, epizod pierwszy za mną, jestem w trakcie drugiego, ale… Musiałem przerwać. Powód był prosty: wczoraj Telltale Games wypuściło kolejny (trzeci) odcinek “The Wolf Among Us”. Nie pozostało mi zatem nic innego jak ponownie wcielić się w Bigby’ego Wolfa i podjąć trop (sic).

Uwaga! Dalej będą spoilery. Nie zamierzam opowiadać wszystkiego scena po scenie, jestem bardzo daleki od podobnego zamysłu. Niemniej nie da się uniknąć napisania pewnych informacji istotnych dla fabuły. Nawet bardzo.

Najpierw trailer:

Trzeci odcinek opowieści o poszukiwaniach mordercy z Fabletown prezentuje bardzo dobry poziom. Czy lepszy niż drugi? Nie wiem, dla mnie to właściwie ta sama kategoria. Historia zostaje podjęta dokładnie w momencie, w którym ostatnio przyszło nam się rozstać z bohaterami. Bigby miota się w Open Arms, chory z nienawiści i niepokoju po swoim odkryciu z poprzedniej części. Rzuca się na trop i podąża za nim konsekwentnie. Wytrwałość głównego bohatera zostaje nagrodzona, ponieważ w tym odcinku dowiadujemy się wreszcie kto zabił i kto za mordercą stoi. Nawet jeśli niewiele to – póki co – wyjaśnia. Ale połowa sezonu za nami, więc przyjemnie jest patrzeć, jak wątki zaczynają się splatać w całość.

Rozgrywka przebiega, oczywiście, tak samo, jak dotychczas. Chyba po grę nie sięgnął nikt, kto nie wiedział, co dostanie. Jesteśmy prowadzeni za rękę, nasze możliwości wyboru są dość ograniczone. Zwykle decydować możemy o tym, na ile niemili będziemy w trakcie rozmowy. Czy mi to przeszkadza? Absolutnie. Historia idzie dzięki temu szybko do przodu. Nie w każdej grze potrzebne są tysiące pobocznych wątków. Cieszę się, że już za dwa odcinki będę wszystko wiedział. Open-world to świetna sprawa, ale jakby miał być w każdej grze, to życia by nie wystarczyło na zagranie nawet w niewielki ułamek dostępnych tytułów.

Grafika kogo kupiła wcześniej, ten nie będzie miał z nią problemu i teraz. No i wreszcie muzyka. Muzyka mnie w tytułach Telltale Games zachwyca. Związany ze studiem kompozytor, Jared Emerson-Johnson, jest znakomity w tym, co robi. Pod kątem oprawy dźwiękowej moim faworytem w tym odcinku jest scena konfrontacji z Auntie Greenleaf. Mógłbym włączyć grę tylko po to, żeby posłuchać melodii, która towarzyszy dyskusji z czarownicą. Na szczęście z opresji wybawia mnie YouTube. Inaczej pewnie bym tak robił, jak lata temu w przypadku “Deionarra Theme” z “Planescape: Torment” (to jest melodia! Marku Morgan kłaniam się w pas, do dzisiaj jestem całkowicie oczarowany). Mam nadzieję, że ścieżka dźwiękowa (właściwie to ścieżki, bo moja uwaga odnosi się i do “The Walking Dead”) zostanie udostępniona na sprzedaż. Gdyby tak na bandcampie, jak “In the Pines”… Byłoby cudownie. Telltale Games zróbcie coś w tym kierunku!

To co jest najbardziej interesujące – poza fabułą – to bohaterowie. I “A Crooked Mile” nie zawodzi również tutaj. W pierwszym odcinku najbardziej mnie fascynował sam protagonista, Bigby. Nie znam komiksu “Fables”, więc było to nasze pierwsze spotkanie i byłem tą postacią zaintrygowany. Nadal jestem, jednak w kolejnych odcinkach inne postaci go przyćmiewają. W drugim – mimo antypatii, którą we mnie wzbudził – najciekawszy był Georgie Porgie. Zapewne nic z tym dziwnego, skoro wokół niego kręcił się odcnek. W trzecim gwiazdą jest dla mnie Krwawa Mary. Pojawia się na stosunkowo krótko, ale za to jakie ma efektowne wejście! Póki co stanowi w moim odczuciu gwiazdę całej serii. Świetnie wygląda, ma znakomity głos i kwestie. A przede wszystkim jest znakomicie napisana. Przykuwa uwagę od pierwszej chwili i widać, że Bigby będzie miał w niej godnego siebie przeciwnika. To nie pierdołowaci bracia Tweedle ani tchórzliwy Crane. Krwawa Mary doskonale zna się na swojej robocie. I do tego lubi swoje zajęcie. Szczerze mówiąc intryguje mnie bardziej niż The Crooked Man, bez którego mógłbym się obejść. Oczywiście, czas pokaże, ale nie spodziewam się nikogo równie ciekawego w pozostałych dwóch odcinkach.

Podsumowując: kawał znakomitej roboty. Warto zagrać. A skoro o tym mowa… Gram w każdy odcinek dwa razy: za pierwszym podejmuję wszelkie decyzje, których przyjdzie mi się potem trzymać, do końca sezonu. Poznaję historię. Za drugim odblokowuję te wpisy w “Book of Fables”, których nie zdobyłem za pierwszym. Ale nigdy nie wpływa to na chęć zmiany czegokolwiek w głównym wątku. Dzisiaj za drugim razem trafiłem do mieszkania Ichaboda Crane, które wcześniej ominąłem całkowicie. Grałem i towarzyszyła mi myśl: trzeba było pójść tutaj i pogadać z Jackiem. A jednak tego nie zmienię. “The Wolf Among Us” to gra, w któej nie ma miejsca na takie oszukiwanie. Podejmujesz decyzję, dobra lub złą, i trwasz w niej. Bo Los nie daje drugiej szansy. Zapewne przejdę tę grę raz i nigdy więcej nie wrócę, właśnie z tego powodu. To byłoby jak oszukiwanie.

Cholera, to chyba najbliższe do legendarnej immersji, co udało mi się osiągnąć. Jedzenie, spanie itd. w czasie rzeczywistym do mnie nie przemawia, ale stworzenie we mnie przeświadczenia, że “load” będzie oszustwem? Brawo.

 

 

In the last sentences of my previous post, I stated that now I’m going to play “Burial at Sea”. Well, I did, I finished Episode 1 and am in the middle of Episode 2. However I had to pause for a moment. The reason is simple: yesterday telltale games released third episode of “The Wolf Among Us”. So what else could I do? I had to step into Bigby’s shoes again and pick up the trail (pun intended).

Warning! There are going to be spoilers from now on. It’s not my intention to get into details about every scene from “A Crooked Mile”, but it’s impossible to avoid giving away some of important – very important – plot details.

For starters, trailer:

Third episode of Fabletown murders investigation holds high standards. Is it better than the second one? I’m not sure, for me they’re equally good. The story picks up exactly where we parted ways with the show. Bigby’s hatred and anxiety got him shaking, after his discovery in “Smoke and Mirrors”. He picks the trail and consequently follows it. Perseverance of protagonist is rewarded, because in this episode we finally get to know who is the killer and who’s pulling the strings from shadows. Not that it says a lot, but we have half of season behind us, so it’s nice to see that threads are starting to come together.

Of course the game looks as it did before. We’re guided carefully with not much of a choice left. Usually we get to decide how (un)kind are we goind to be during conversation. Does it bother me? Not at all. That’s the reason why plot moves forward at a quick pace. Not every game needs thousands of secondary quests, thankfully. I’m glad that in just two episodes I’m going to know everything. Open-world is great, but if it was in every single game, life would be too short to play even a decimal fraction of available titles.

Whoever was pleased with graphics before, will be glad once again. And finally music. Music from Telltale Games enchants, entirely. Telltale Games composer, Jared Emerson-Johnson, is perfect at his job. My personal favourite in this episode – when it comes to score – is scene of confrontation with Auntie Greenleaf. I could launch the game only to listen to music, that accompanies discussion with the witch. Thankfully we got YouTube. Otherwise I would start the game just for the sake of soundtrack, just like I did years ago with “Deionarra Theme” from “Planescape: Torment” (now that’s a great tune! Mark Morgan, I bow to you. Until this day I’m moved when I hear it). Anyway I hope the OST (OSTs actually, because it applies also to “The Walking Dead”) is going to be released for sale. If only it was on bandcamp, like “In the Pines”… Telltale Games do something about it!

What’s the most interesting – besides the plot – are the characters. And “A Crooked Mile” is a winnner here as well. In the first episode I was interested the most in main protagonist. I’m not familiar with “Fables” comic, so it was the first time we got to know each other and I was intrigued. Still am, but in next episodes there came characters that outshined him. In second it was Georgie Porgie, despite my aversion. Probably that’s understandable since he was the center of entire ep. In third part the brightest star is Bloody Mary, no doubt. She’s not very long on-screen, but it’s surely an impressive entree! In my opinion she is going to be the best there is to come in entire season. She looks great, voice acting (and her voice) is amazing, her lines are sharp. But most importantly she is well-written. She grabs your attention immediately and won’t let go easily. The moment she steps up it’s obvious that she is going to be a worthy opponent for Bigby. This ain’t no clumsy Tweedle brothers or coward Crane. Bloody Mary knows her job very, very well. And her job is what she loves. Honestly, I’m far more intrigued by her than by The Crooked Man. Of course, we’ll have to wait and see, but I doubt there’s going to be anyone as interesting in the remaining two episodes.

So to summarise it all: nice work! Definitely worth your time. And while we’re at it… I play every episode twice. When I do it for the first time, I make the choices that I’m going to hold on to until the end of season. I’m getting to know the plot. And then comes the second time: unlocking “Book of Fables” entries, that I didn’t get in first playthrough. But it never affects, in any way, my previous choices. Today, when I was doing my second run, I went to Crane’s apartment, totally left out earlier. I was there and I felt like: “I should’ve come here and talk to Jack”. And that’s it. I’m not going to change my choices, load my “main” save. “The Wolf Among Us” is no place for such cheating. You make a choice, good or bad, and you stay with it. Fate never gives a second chance. Probably I’m going to play this game once and then never get back to it. And that’s the reason. Making other choices would feel like cheating.

Damn,  guess it’s the closest I’ve ever been to this legendary immersion. Eating, sleeping (and so on) in real time is not going to impress me, but making me feel like a cheater if I make a “load” and choose differently? Well done!

Sukces! Przeszedłem “Bioshock Infinite”

Niedawno ukazał się drugi epizod “Burial at Sea”, dodatku do “Bioshock Infinite”. W sieci powszechne są zachwyty, co mnie bardzo cieszy. Dlaczego? Cóż, dopiero w ubiegłym tygodniu skończyłem grę podstawową. Z właściwą sobie gracją, czyli rok po premierze (prawie idealnie – gra ukazała się 26.03.2013).

Myśl, że dopiero zagram w “Burial at Sea” zachwyca mniez dwóch powodów.  Po pierwsze: to zawsze wizyta w Rapture. Po drugie: sądząc po opiniach nie mamy tutaj do czynienia z typowym skokiem na kasę (tzn. do pewnego stopnia mamy, w końcu płacimy za coś, co już znamy). Grafika, oprawa dźwiękowa – wszystko to jest na znakomitym poziomie, do którego Irrational Games zdążyło nas przyzwyczaić. Ale co najważniejsze, podobno również fabuła została przyzwoicie napisana. Ale nie o tym miałem pisać, szczerze mówiąc. W końcu jeszcze nie wróciłem do podmorskiego miasta Andrew Ryana.

O czym zatem jest ta notka? Ano, o samym “Bioshock Infinite”.

Rzadko kończę gry. Nie dlatego, że ich nie lubię albo przejście historii od A do Z mnie nie wciąga. Po prostu nagle na horyzoncie pojawia się coś innego. Do pogrania, do obejrzenia, do przeczytania. A na wszystko życia nie wystarczy. “Bioshock Inifnite” czekał na półce długo na swoją kolej. Kupiłem go w momencie przeprowadzki, w nowym miejscu były chwilowe problemy z podpięciem się do neta (lubię swojego xboxa, ale jednak nigdy nie kupiłem do niego dostawki pozwalającej na granie bezprzewodowo – są jakieś granice palenia domowego budżetu). Potem było coś innego, coś innego. Koniec końców – niedawno wreszcie sięgnąłem, powodowany sentymentem za pierwszymi dwiema częściami. “Bioshock” to jedna z gier, które nie tylko przeszedłem, ale do których zdarza mi się wrócić.

“Infinite” to inny świat (do pewnego stopnia), jasne, jednak te same osoby są za niego odpowiedzialne. I trochę jest to tylko zmiana scenografii. Bohaterowie są inni, historia nowa, ale odnaleźć można tutaj to samo, co przykuwało do poprzedniczek. Znowu postacie są żywe, nie z papieru. Znowu opowieść mówi o niewinności, która jest narzędziem w rękach dorosłych. Moje wrażenia? Jak najbardziej pozytywne, co wiadomo przecież od pierwszego akapitu niniejszej notki.

Nie jestem z osób, które potrzebują niesamowitej grafiki, żeby pokochać grę. Miło jak jest ładna, niewątpliwie przyjemnie jest popatrzeć na Elisabeth, ale to nie jest najważniejsze. Nie jestem poszukiwaczem immersji – gra to gra, gra to rozrywka, a nie życie. Także nie oczekuję, że się w niej będę mógł “zatopić”. Niemniej do grafiki absolutnie nie można mieć zastrzeżeń. Podobnie do muzyki – utwory dobrane są znakomicie. Równie doskonale, co niegdyś przez Interplay do “Fallouta”.

 

Ale tym co mnie najbardziej przykuło była historia. I właśnie na tym mi zazwyczaj zależy najbardziej: na wciągającej opowieści, która (niczym dobra książka) chwyci i nie będzie chciała puścić. Nawet niekoniecznie potrzebna mi jest swoboda w decydowaniu o wszystkim. Może dlatego tak ogromnie mnie ciągnie do gier Telltale Games. Gracz jest w nich przecież prowadzony za rączkę, a jednak nadal ma się poczucie dokonywania wyboru. Trzeba przejść z A do B, ale można wybrać czy pójdzie się ścieżką w lewo, czy w prawo. Podsumowując: jeśli tylko wciągnie mnie fabuła, wiele mogę wybaczyć.

Czy zatem historia w “Bioshock Infinite” jest istotnie wyjątkowa? Nie. Czy jest to coś nowego, czego nie było przedtem? Absolutnie. Zatem o co chodzi? O sposób podania. Tym, co stanowi o sile gier Irrational Games (raczej: stanowiło) są dla mnie dialogi. Dialogi, postacie i pieczołowicie budowany z ich pomocą świat. To dzięki nim opowieść staje się tak wciągająca. Przede wszystkim Elizabeth jest wiarygodna. Wiele w tym zasługi Courtnee Draper, której głosem bohaterka przemawia, ale bez sensownych tekstów nawet przyjemna barwa głosu na nic by się nie zdała. Na tej postaci spoczywała ogromna odpowiedzialność, ponieważ towarzyszy nam praktycznie przez całą grę. Należą się jej oklaski, ponieważ dźwiga ten ciężar z łatwością. Postać Bookera deWitt, głównego bohatera, była dla mnie mniej ciekawa, mniej intrygująca – co można przyjąć za wadę, ale z drugiej strony – mówimy przecież o strzelance. Również postać przeciwnika wypada na tle Elizabeth dość blado. Niemniej Zachary Comstock także ma swoją ciekawą historię i na pewno warto ją poznać. A skoro o nim mowa… “Bioshock Infinite” podobał mi się również dlatego, że traktuję tę grę jako głos sprzeciwu wobec fanatyzmu. Nie tylko religijnego. Zachary Hale Comstock i The Founders są niewątpliwie na pierwszym planie, ale równie równie bezduszna jest radykalna Daisy Fitzroy i jej Vox Populi. Jednak chyba przede wszystkim gra mi się podoba, ponieważ ta opowieść o odkupieniu Bookera deWitta ma gorzki posmak. Odkupienie nie przyjmuje tu postaci chórów anielskich śpiewających na końcu drogi “Gloria! Gloria! Alleluja!”. Odkupienie ma wysoką cenę. Dokładnie tak, jak powinno. W końcu mowa tu o płaceniu za błędy. A często dzisiaj chcemy zapomnieć, że długi trzeba spłacać.

Jeśli jest ktoś, kto jeszcze nie grał – polecam. Warto.

A ja się zabieram za “Burial at Sea”. Wreszcie.

 

“Only lovers left alive”, czyli co może zachwycić nieśmiertelnych

Jakiś czas temu podjąłem próbę prowadzenia bloga. Miał się ograniczać do krótkich niby-recenzji muzycznych. Niestety, jakiś czas w postanowieniu trwałem, ale potem zaczęły się wykręty – brak czasu itd. Jednak chęć pisania bloga mnie nigdy nie opuściła. Raczej sam siebie próbowałem ograniczyć jego formą. Czemu pisać o jednej rzeczy, skoro spektrum zainteresowań mam znacznie szersze? Stąd ta reaktywacja, w nowym miejscu, ze zmienioną formułą. Do ponownego pisania właściwie popchnęła mnie notka Toreada, nt. filmu “Only Lovers Left Alive”. Poniższa notka zaczęła się jako komentarz do jego wpisu. Ale nie powiedziałem wtedy wszystkiego, co chciałem. Zatem – wersja rozszerzona. A przy okazji premiera Charlescape.

Powiem szczerze, że dotychczas nie byłem fanem Jarmuscha. Właściwie z jego filmów chyba jedynie z “Truposzem” próbowałem się zmierzyć. Jeśli dobrze pamiętam to dopiero 5 podejście zakończyło się sukcesem. O ile sukcesem można nazwać dotrwanie do końca filmu, bo myślami przy końcówce dryfowałem już całkiem daleko. Po co o tym piszę? Żeby zaznaczyć, że nie podchodziłem do filmu z pozycji fanboy’a, z przyklękiem. Zdecydowałem się go obejrzeć przez opinie, z którymi się zetknąłem. Znajomych z pracy, wspomnianego już wcześniej Toreada. Jak łatwo się można domyśleć z tego wstępu – film na mnie zrobił duże wrażenie.

Tilda Swinton i Tom Hiddleston są doskonale dobrani. Nie tylko pod kątem ich talentu aktorskiego, którego przecież obojgu nie brakuje. Chodzi też jednak o wzajemne dopełnienie się na ekranie. Dla mnie jest między nimi prawdziwa chemia. Pozbawiona dzikich porywów serca, szaleństw. Ale doskonale ze sobą współgrają w swojej samotności, swoim spokoju, i są wiarygodni. Z mojej strony: chapeau bas. Bardzo dobrze napisane postaci i bardzo dobrze przeprowadzony casting. Po obejrzeniu “Only lovers left alive” nie umiem sobie wyobrazić lepszej pary w tym filmie.

Wydaje mi się, że to dla mnie najbardziej interesujące przedstawienie wampirów, z jakim kiedykolwiek się spotkałem. Nie są tutaj ani potworami, ani romantycznymi kochankami, ani przeklętymi istotami. W każdym razie żadna z tych cech ich nie definiuje. Są wiecznymi istotami, w których namiętność jeśli się tli to – wraz z wiekiem – coraz bardziej w głębi.

Kiedy patrzyłem na Adama, przypomniały mi się słowa Anioła Śmierci z “Hellboy’a II”: “my heart is filled with dust and sand”. Takie nasunęło mi się skojarzenie. Adam, dla którego wszystko ma smak popiołu, wszystko poza krwią i sztuką. Nawet głębokie uczucie, którym darzy Eve jest w pewien sposób wyblakłe, skażone jego poczuciem jałowości otaczającego świata, przemijających epok. Pozostały tylko krew i muzyka, która jest go w stanie przyciągnąć nawet w stanie największej słabości. Piękny śpiew kobiety, jakby to ona była nadnaturalną istotą, syreną, a nie on, wampir. Marlowe, którego spokój runie tylko w trudnej sytuacji. Dopiero wtedy pozwoli sobie na wylanie z siebie żalu i rozgoryczenia, że jego sztuka podpisywana jest nazwiskiem kogoś innego. Cała chwała przypada komuś, kto na nią nie zasłużył. I to jego imię przetrwa. Eve, która z której opada maska obserwatorki, gdy oddaje się tańcu. Ava, która jako jedyna pełna jest nadal pasji, oddająca się jej z rozkoszą. I zupełnie nieprzystająca do świata, w którym żyją pozostali. Zabawne, że nigdy nie trafiał do mnie jakoś mocno klan Toreador. Ale po poznaniu bohaterów filmu Jarmuscha pierwszy raz mam wrażenie, że wiem jak wygląda dla jego członków egzystencja. I teraz do mnie o wiele bardziej przemawiają.

Znakomity film. Oprawa graficzna, muzyczna. O, muzyka mnie całkowicie uwiodła. Co ciekawe – jej współautorem jest sam Jarmusch. Zarówno utwory towarzyszące Maroku, jak i Stanom, hipnotyzują. Mają w sobie właśnie tę powolność całego filmu, całej egzystencji głównych bohaterów. Poczucie nieuchronności końca, którego wizja roztacza się przed Adamem. Cudowne “In Templum Dei”, z gościnnym występem Zoli Jesus, przy którym można odczuć zachwyt z obcowania z czymś pięknym, onieśmielającym majestatem. “Spooky Action at a Distance” niosące ze sobą niepokój, pełzający gdzieś pod skórą. Rozchodzący się gęsią skórką po całym ciele, jak można tego oczekiwać po tytule. Zachwycająca Yasmine Hamdan, gdy śpiewa “Hal”. Bezwiednie wabiąca zarówno Adama, jak i słuchacza. “This is Your Wilderness”. “The Taste of Blood”. Utwór po utworze. Ta płyta to będzie dla mnie niewątpliwie jedno z najważniejszych dokonań tego roku.

Z całego serca polecam też film. Żywej akcji w nim nie ma. Nie ma też epatowania przemocą, seksem. Ale jest w nim piękno podobne do tego, które wychwala. Tętni spokojnie i powoli. Być może pora, żebym sięgnął raz jeszcze po “Truposza” lub po któryś z pozostałych filmów Jarmuscha. Być może dojrzałem do ich tempa.