Daughter "His Young Heart EP", "The Wild Youth EP", "Smother" single

Click for the English version

Na początku zespół Daughter nie był dużym tworem: w całości tworzyła go Elena Tonra. Potem dołączył do niej gitarzysta Igor Haefeli i wspólnie wydali pierwszy materiał. A nieco później skład powiększył się o Remiego Aguilellę, perkusistę. Na szczęście nowi członkowie zespołowi się przysłużyli, a muzyka nie zatraciła niczego ze swojej intymności.

Daughter to projekt obracający się muzycznie w kręgu folku przyprawionego popem. Poszukiwacze nawet nie muzycznej ekstremy (raczej na blogu o niej nie piszę, więc chyba nikt się jej tutaj nie spodziewa), ale bardziej rockowego brzmienia muszą być przygotowani na całkowicie odmienny nastrój. Dotychczas wydany materiał ma wspólny mianownik i jest nim melancholia, tęsknota za tym, co utracone. Dzieciństwem, miłością, spokojem… Znakomicie ten nastrój do spółki z muzyką buduje głos Eleny, delikatny i łagodny.

Kapela wydała do tej pory całkiem dużo nagrań, jeśli wziąć pod uwagę, że jej historia sięga wyłącznie do 2010 roku. Najpierw dema, potem dwie EP-ki wypuszczone własnym sumptem w 2011 oraz singiel z 2012, już pod skrzydłami 4AD. Wkrótce (w Europie 18 marca, Stany Zjednoczone będą musiały poczekać do kwietnia) ukaże się nareszcie pierwszy album długogrający, zatytułowany “If You Leave”. Postanowiłem potraktować tę zapowiedź jako znakomitą okazję, żeby napisać o zespole. Już za sam fakt, że tak długo nic się o nim nie pojawiło, powinienem posypać głowę popiołem. Dlaczego? Powód jest banalny: to dla mnie obecnie jeden z najlepszych zespołów, a ich album jest jednym z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych wydawnictw. Zatem po kilka słów o każdym z dotychczasowych wydawnictw, w kolejności chronologicznej.

Pierwsza EP-ka, “His Young Heart”, zaczyna się bardzo mocno. Nie dosłownie, oczywiście. Brak tutaj szybkich, agresywnych riffów czy brutalnego bębnienia, muzycznie można mówić o utworach akustycznych. A jednak na poziomie emocjonalnym, ta piosenka pozostawia słuchacza bez tchu. Moim zdaniem żaden z pozostałych (trzech) utworów na EP-ce nie może się równać z “Landfill”. Jeśli chcecie posłuchać jednej piosenki, to będzie stanowiła dobry wybór. Całe wydawnictwo wydaje mi się być najspokojniejsze z dotychczas opublikowanych. Cechuje się również największą prostotą – wysmakowaną i elegancką. Znakomicie sprawdza się w słoneczny, zimowy dzień. Zamykający “Switzerland” robi wrażenie bycia otoczonym przez ogromną przestrzeń, co – sądząc po tytule – wydaje się być jak najbardziej na miejscu: ten utwór jest jak spoglądanie z góry i słuchanie echa. Czyli śnieżnych nastrojów ciąg dalszy.

Na “The Wild Youth EP” również składają się cztery utwory. Nie ma tutaj rewolucji stylistycznej, więc osoby, które przekonały się do Daughter wcześniej, mogą być spokojne o swoje doznania. Zarówno od strony zmysłowej, jak i emocjonalnej. Po raz pierwszy wprowadzone zostaje pianino – pojawia się ono w trzecim utworze, “Youth”. To zresztą mój ulubiony na tym wydawnictwie. Od pierwszych dźwięków “Home”, które EP-kę otwiera, słychać jak istotny dla Daughter pozostał rytm. Akcentowany bębnami, gitarą, zawsze wyraźnie obecny i hipnotyzujący. “The Wild Youth” nie jest już tak prosta, jak jej poprzedniczka, nadal nie mamy jednak do czynienia ze zbędnym przeładowaniem efektami. Pięknym zamknięciem całości jest “Love”. Spokojniejszy muzycznie od przedostatniej piosenki, jednak dorównujący jej intensywnością.

Ostatnie co zespół wydał, to singiel “Smother”. Jak to w przypadku singla bywa, znajdziemy tutaj mniej utworów niż na EP-kach. Jest utwór tytułowy i jest B-side, “Run”. Pierwszy jest bardzo spokojny, łagodny. Wręcz senny. Drugi… Cóż, dla mnie całkowicie przyćmiewa poprzednika. Również spokojny. Mam z nią jedno uporczywe skojarzenie: dla mnie to piosenka o ucieczce Romea i Julii. Oczywiście w alternatywnej wersji ich historii, która nie powstała. Gdyby ktoś ośmielił się nakręcić równie bezczelnie przerobioną wersję, to powinien sięgnąć po ten utwór jako tło finału i napisów. Polecam!

Łatwo można zauważyć, że mam wobec płyty “If You Leave” ogromne oczekiwania. Wszystkie dotychczasowe znaki wskazują, że nie ma powodów, żeby do Daughter podchodzić z podejściem innym niż oczekiwaniem na to, co najlepsze.

I wreszcie na koniec: wszystkie wydawnictwa cechuje zaskakująca dojrzałość w warstwie tekstowej. Jeśli wziąć pod uwagę, że autorka nie ma jeszcze 25 lat, to naprawdę można się zdziwić.

Wszystkim razem i każdej z osobna: 8/10
No, prawie każdej. “Run”: 10/10

In the beginning Daughter wasn’t a big band: it was just Elena Tonra. Some time later Igor Haefeli, guitarist, joined her and together they published first material. A little bit further down the road they met Remi Aguilella, percussionist. Luckily, new bandmates led only to improvement and the music didn’t lose any of it’s intimacy.

Daughter is a project coming form folk territory, although there’s also a lot of pop. Seekers of not even musical extreme (not that I’m writing about it on my blog, so probably no one would expect it here), but simply more rocking sound, have to be prepared for entirely different mood. Everything by Daughter that’s been out till today has one thing in common: melancholy, yearning for what’s gone. Childhood, love, patience… Such atmosphere is perfectly built by Elena’s voice, along with the music.

The band has published not that small amount of songs, if you remember about the fact that their history started back in 2010. First there were demos, then two self released EPs from 2011 and one single in 2012. The last one with help of 4AD. Soon (March, the 18th, in Europe, US will have to wait until April) LP will be finally released, titled ‘If You Leave’. I decided to make this information a perfect opportunity to write about Daughter. I’m already ashamed, that I haven’t written anything about them yet. Why? Well, the truth is trivial: they’re one of my favourite band nowadays and their debut is one of those albums, that expect the most. So I’m going to write just a few words about each of releases, that we already had a chance to hear. In chronological order.

The first EP, ‘His Young Heart’, starts with a hit. Not literally, of course. There are no fast, aggressive riffs or brutal drumming – when it comes to music, we can call them acoustic. However on the emotional level, the song leaves listener breathless. In my opinion it’s the best one here. If you want to pick one song from each title in their discography, then you should listen to ‘Landfill”. ‘His Young Heart’ seems to be the most calm of all releases. It’s also the most simple of them: simple, but elegant and sophisticated. It’s a perfect choice for sunny winter day. Closing track, ‘Switzerland’, gives you the impression of being surrounded by great space. Like standing on top of the mountain, looking down and listening to echo, so (when you look at the title again) everything seems to be in it’s right place.

‘The Wild Youth EP’ is also four tracks long. There is no revolution in here. People who got convinced by Daughter before, can keep calm about their experiences. Both sensual and emotional. On this release we can hear piano for the first time, in song ‘Youth’. I have to admit that this is my favourite track here. Right from the first sounds of opening track, ‘Home’, listener is confronted with the fact that rhytm is still very important to the band. Sometimes it is emphasized by drums, sometimes by guitar, but it’s always present and hypnotizing. ‘The Wild Youth’ is not as simple, as previous EP, but there is still no possibility to even mention any sort of overload. ‘Love’ is a beautiful closing track. Calmer than it’s predecessor and yet, equal to it when it comes to intensity.

The last release was single ‘Smother’. As it usually is, we can find here only two songs. Title track and b-side, ‘Run’. The first one is very calm and quiet. I’d even say it’s sleepy. The second… Well, entirely outshines previous track. There’s one association that I keep thinking of, when I hear ‘Run’: to me it’s a song about Romeo and Juliet on a run. That is, of course, in alternative version of their history, where decide for runaway. If someone will ever decide to direct such daring story, then he or she should pick this song as background for grand finale. Highly recommended!

As you can easily see, ‘If You Leave’ will have to meet really high expectations in my case. In my opinion they’re justified.

And one last thing: all of the releases are surprisingly mature from their lyrical side. If you know about the fact, that their author isn;t even 25 years old, you can really be taken by surprise.

For all the fans of numbers and such – each of these releases alone and all together: 8/10
Except for ‘Run’: 10/10

Advertisements

Milo Greene "Milo Greene"

Click for the English version

Milo Greene są stosunkowo młodą kapelą, ale ostatnio jest o nich coraz głośniej. Trudno się dziwić – ich nagrania pojawiały się w różnych serialach, co na pewno przysłużyło się zespołowi. Jednak nawet ta forma promocji w niczym by nie pomogła, gdyby muzyka nie była przyjemna i chwytliwa. A właśnie taka jest – wpadająca w ucho, pozostająca na dłużej. Można odnaleźć w niej kalifornijskie słońce (pamiętajcie, proszę, że słowa pisze osoba, która Kalifornię widziała jedynie na ekranie tv), które gwarantuje pozytywne emocje w czasie słuchania. Przynajmniej mnie niemożliwym wydaje się puszczenie tej płyty, któremu nie towarzyszyłby uśmiech. W związku z tym jest to album, którego unikać powinni wszelkiego rodzaju emocjonalni masochiści – grozi poprawą nastroju.

Brzmienie kapeli jest bardzo przyjemne i “ciepłe”. Milo Greene z wdziękiem łączy muzykę rockową z folkiem. Warto zaznaczyć, że wyraźnie bliżej im do tego drugiego gatunku. Poszukiwacze mocniejszego gitarowego grania raczej w euforię nie wpadną. Interesujące jest podejście zespołu do kwestii wokalisty. Otóż nie ma tutaj osoby przypisanej do tej roli na stałe. Z całej, pięcioosobowej kapeli tylko jeden członek nie zajmuje się śpiewaniem – perkusista. Pozostała czwórka beztrosko się zmienia przy mikrofonie. Czasem utwór prowadzi głos kobiecy, czasem męski. Wnosi to sporo świeżości, potrzebnej ze względu na stosunkowo podobne do siebie utwory. Są bardzo ładne: melodyjne, wokale ze sobą harmonizują, chórem śpiewane refreny robią dobre wrażenie. Ale czasem można mieć wrażenie, że cały album to jeden długi utwór. Choć są i takie, które zapadają w pamięć od pierwszego przesłuchania. Tak jest np.: z piosenkami “1957” czy “What’s the Matter”.

Na płycie znalazło się również miejsce na cztery utwory instrumentalne. Wszystkie są krótkie – dwa trwają poniżej minuty, dwa powyżej. I o ile krótsze w ogóle nie zapadły mi w pamięć, to dłuższe uważam za bardzo dobre, szczególnie “Polaroid”. Być może pozostałe mają za mało czasu, żeby nabrać odpowiedniego tempa – jeden trwa niecałe pół minuty…

Na koniec chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Warto wiedzieć, że każdy członek zespołu (może poza perkusistą, a może do tej pory się tylko nie zdradził) z równą swobodą sięga po różne instrumenty. Patrząc na Milo Greene, można odnieść wrażenie, że jak się umie grać na jednym, to umie się grać na wszystkich. Brawa! Wydaje mi się to dawać bardzo duże nadzieje na przyszłość. Osoby o tak otwartych i świeżych głowach powinny nas jeszcze zaskoczyć swoją kreatywnością.

Mimo mojego wcześniejszego narzekania, należy powiedzieć jasno: to dobry album. Trzymam kciuki za sukces!

Dla fanów cyferek: 7/10

Milo Greene is a relatively young band, but they’ve been getting more and more recognised recently. It’s no surprise – their recordings were used in tv series and I’m sure it certainly served them well. However even this sort of promotion wouldn’t be enough, if the music itself wasn’t nice and catchy. And it is – it stays with you for pretty long time. You can feel California sun when you click “play” (please, only remember, that these words come from a man, who has seen California only on TV screen) and that’s something, that guarantees positive feelings while listening. At least it seems impossible to me, to play the record and not to start smiling. That’s why I strongly advise all emotional masochists to avoid this album: it might brighten your mood.

The sound of the band has a nice and ‘warm’ feeling. Milo Greene gracefully merges rock music with folk. It’s good to know, that they’re obviously closer to second of mentioned genres. If you’re looking for harder rock sound, you probably won’t get too euphoric about this album. There’s no ‘permanent’ vocalist in the band, what I consider to be very interesting. Only one person from the whole quintet – and that is the percussionist – doesn’t have anything to do with singing. The rest presents a light-hearted approach towards the microphone. Sometimes lead vocal is male, other times – female. And that’s really good, that’s refreshing, because the songs are quite similair. They’re all pretty: melodic, vocals harmonize and the choir sung choruses leave a good feeling. But sometimes you can get the impression, that the entire album is one, long song. Although, there are outstanding moments, that immediately stay with you. That’s the way it goes with ‘1957’ or ‘What’s the Matter’.

There are also four instrumentals, that made their way into the debut album. They’re all short – two of them are not even minute long, two are a little bit longer. And while I totally can’t remember the shorter ones, I find the latter really, really good, especially ‘Polaroid’. Maybe the rest just didn’t get enough time, to show their potential – one of them isn’t even half minute long.

In the end I’d like to mention one more thing. It’s worth to know, that all of the band members (maybe except for the percussionist, but it may be the case that he just didn’t exposed himself yet) play various instruments with the same ease. When you look at Milo Greene, you can get the impression, that if you know how to play one instrument – well, you know all of them. Bravo! I think that it can make you wait with big expectations. People with such open and fresh heads should surprise us with their creativity.

Despite my complaining, it’s a good album, I have to be claer about it. I’m keeping my fingers crossed!

For all the fans of numbers and such: 7/10

It’s already 2013, I guess I should write something…

I recently realized, that it’s already almost three months since I posted anything. There’s been a lot going on, but I hope to finally get back.I started writing a note about Milo Greene those three months ago, so hopefully I’ll finish it and upload soon. Thanks for your patience, to all of you, who come back and check if there’s something new.

Probably it might be a good idea to post some kind of “best of 2012”. Just, you know, to post something. But I’m not going to do this. I’m sure you have already seen enough of summaries and most of them are pretty much the same. So there’s just this post to wish you all a Happy New Year (yeah, I know, I really know I’m two weeks late)!