Recenzja: Kevin Tihista’s Red Terror "On This Dark Street"

Click for the English version

Po siedmiu latach od wydania poprzedniego albumu, Kevin Tihista – jako Kevin Tihista’s Red Terror – wypuścił w tym roku płytę “On This Dark Street”. Mówiąc szczerze nie znam jego wcześniejszych dokonań, ale może to i dobrze. Inaczej zapewne tak długie oczekiwanie by mnie lekko irytowało.

Podobno muzyka irytują porównania do Elliotta Smitha. Z jednej strony – nie dziwię mu się, każdy artysta chce być identyfikowany jako ktoś wyjątkowy, a nie naśladowca czy imitacja. Jednak ciężko uniknąć takich skojarzeń. To dokładnie ten sam nastrój. Nie ma tutaj niczego porównywalnego z mocą np. “King’s Crossing”, ale nie znaczy to, że “On This Dark Street” jest płytą lekką i przyjemną. Wydała ją wytwórnia z Manchesteru, Broken Horse, i Kevin Tihista w swoich tekstach podziela przewrotne, mroczne poczucie humoru, które charakteryzuje pewien słynny zespół z tego miasta – The Smiths. Teksty posiadają w sobie lekkość i często w zabawny sposób mówią o rzeczach, które powodów do śmiechu nie dają, nawet najmniejszych. Wystarczy przywołać słowa z otwierającego płytę “Taking It To The Streets (Again)”, opowiadającego o rozstaniu i niestabilności emocjonalnej: “Now there’s a million reasons why she is leaving / Number one she hates the fact that I’m breathing / Not to mention all the drugging and drinking / Well, to me that’s just a typical evening”.

Muzycznie płyta to bardzo przyjemny indie rock, sięgający do rejonów pop. Delikatny, raczej spokojny. Bez przesytu, jeśli chodzi o formę, w jakiej całość jest podana. Nie jest to minimalizm w typie opisywanego ostatnio The xx (szukanie tutaj elektroniki to spore wyzwanie). To ograniczenie formy w stylu rockowym: perkusja, gitara, bas. Czasem jakiś instrument dodatkowo. Ale nigdy nie jest “tłoczno”, jeśli chodzi o brzmienie. Nie ma tutaj mowy o uczuciu zderzenia ze ścianą dźwięku. To, co zapada w pamięć najbardziej, to gitara. Pozostałe instrumenty są tłem. Tłem dla pięknych melodii i obrazów smakujących goryczą.

Dla fanów cyferek: 7/10

After seven years since last album, Kevin Tihista – under moniker Kevin Tihista’s Red Terror – finally released new record this year, ‘On This Dark Street’. Honestly, I’m not familiar with his previous works, but that might be a good thing. Otherwise I would probably get irritated, if I had to wait for so long.

Supposedly musician gets upset when he is compared to Elliott Smith. I can understand that – every artist wants to be recognised as someone original, special, not as a copycat or imitation. One the other hand, it’s really hard to avoid such associations. It’s exactly the same mood. You won’t find here anything comparable with power of, let’s say, ‘King’s Crossing’, but that doesn’t mean, that ‘On This Dark Street’ is a nice and easy record. It’s been released by label from Manchester, Broken Horse, and Kevin Tihista shares twisted, dark humour characteristic for a famous band from this city – The Smiths. Lyrics have the lightness in them and they often speak in a funny way about things, that are by no means laughable. Just take a look at words from opening track, ‘Taking It To The Streets (Again)’, a song about break-up and emotional unstability: ‘Now there’s a million reasons why she is leaving / Number one she hates the fact that I’m breathing / Not to mention all the drugging and drinking / Well, to me that’s just a typical evening’.

Musically, it’s a very pleasant indie rock record, reaching into the pop regions. Delicate, rather calm. Without the feeling of form taking over the matter. It’s not minimalist in the way, that currently reviewed The xx is (trying to find electronic here might be a challenge). The music is limited in a rock style: percussion, guitar, bass. Sometimes some additional instrument. But it never gets ‘crowded’, when it comes to sound. What stays with you, is the guitar. The other instruments are just a back ground. Background for beautiful melodies and pictures of bitter taste.

For all the fans of numbers and such: 7/10

Advertisements

Recenzja: The xx "Coexist"

Click for the English version

“Coexist” nie jest długą płytą: 11 utworów, z których najdłuższy nie przekracza pięciu minut. W sumie dostaliśmy niespełna 40 minut nowych piosenek, które zwykle oscylują w granicach 3-3:30 minuty. Może się wydawać, że to niewiele. W końcu debiut The xx ukazał się w 2009 roku, więc trzeba było trochę poczekać. Jednak płyta nie pozostawia uczucia niedosytu: jest jeszcze lepsza niż pierwszy album.

Z jednej strony chciałoby się powiedzieć, że niewiele się zmieniło: Jamie xx nadal maluje blade i smutne krajobrazy za pomocą zimnych dźwięków. Oliver Sim i Romy Madley-Croft wciąż śpiewają razem i do siebie, budując napięcie emocjonalne i seksualne. Nadal słychać tutaj odległe echa muzyki pop oraz R&B. A jednak ze wszystkich znanych z debiutu elementów powstała nowa jakość. Zamiast próbować zmieniać to, co przyniosło im sukces, The xx postawili na album będący bardziej esencjonalną wersją pierwszej płyty. Jest cicho i delikatnie. Nawet jeśli utwór jest bardzo rytmiczny, z wyraźnymi basami, z których Jamie szczodrze korzysta, nawet wówczas nastrój pozostaje wręcz oniryczny. Zarówno Oliver, jak i Romy, potrafią w bardzo sugestywny sposób śpiewać. Dzięki temu bez względu na to, kto śpiewa w danym utworze (o ile nie robią tego razem), atmosfera zawsze pozostaje gęsta od emocji. Interesujący jest również stosowany przez Jamiego zabieg używania… ciszy. Wystarczy posłuchać choćby “Sunset”: pojawiające się nagle pauzy, sprawiają, że gdy wraca muzyka – poświęca się jej znacznie więcej uwagi.

Tekstowo wciąż obracamy się w świecie relacji damsko-męskich. W świecie pomyłek, rozstań i odwracanego na ulicy wzroku. Nadal słowa dotyczą tęsknoty, samotności, próby wyrwania się z niej. I wciąż doskonale komponują się z muzyką.

W przeciwieństwie do pierwszej płyty, na której już samo “Intro” potrafiło natychmiast do siebie przykuć słuchacza, “Coexist” wymaga więcej czasu. Wielokrotnego przesłuchania. Dopiero wtedy można ją docenić tak, jak na to zasługuje. Odkryć magię i piękno np. “Tides”. I zakochać się bez reszty w zastosowanym tutaj z niesamowitym wdziękiem minimalizmie.

Jeśli ktokolwiek uważał, że The xx nie zasługiwali na uwagę, jaką zostali obdarzeni, ten album utwierdzi go w przekonaniu. W innym przypadku wywołać może tylko zachwyt.

Dla fanów cyferek: 9/10

‘Coexist’ is not a long album: 11 tracks with the longest one not even lasting more than five minutes. We got almost 40 minutes of new songs, that are usually around 3-3:30 minutes long. It could make you think that it’s not much. After all, The xx’s debut album was released back in 2009, so they kept fans waiting for some time. But the album doesn’t leave you with a feeling of dissatisfaction: it’s even better than the first one.

On one hand, you’d like to say that not much changed: Jamie xx still paints bleak & sad landscapes with cold sounds. Oliver Sim and Romy Madley-Croft still sing together and to each other, builiding the emotional and sexual tension. There are still distant echoes of pop and R&B. And yet, from all the pieces we know from the debut, a new quality is born. The band didn’t try to change, what brought them to the top. Instead The xx decided to go with an album, that sounds like the essence of their first release. It’s quiet and delicate. Even when the song is very rhythmical, with clear & pointed out bass, that Jamie so generously uses, even then the mood stays dreamy. Both Oliver and Romy sing in a very suggestive way. That’s the reason for listener to be sure that no matter who will be on microphone (in those cases when they aren’t singing together, of course), the atmopshere still will be thick with emotion. Also, I find it interesting , how Jamie uses… silence. Listen to ‘Sunset’: sudden breaks, make you more focused when the music plays again.

Lyrically we’re still in a world of male-female relationships. In a world of mistakes, break-ups and turning your head away on the street. The words still speak of yearning, loneliness and attempts to get out of it. And they still go incredibly well with music.

Unlike the first album, where even the ‘Intro’ itself could hook you entirely, ‘Coexist’ needs more time. You have to hear this record through multiple times. Otherwise you won’t appreciate it, as it deserves. You won’t discover the magic and beauty of e.g. ‘Tides’. And you won’t fall for minimalism, that’s used here with so gracefully.

If anyone thought the attention The xx got, was undeserved, this album will make him sure about it. Otherwise, it can only make you full of admiration.

For all the fans of numbers and such: 9/10

Recenzja: Baroness "Yellow & Green"

Click for the English version

Zaskoczenie. Tym jednym słowem chyba można najłatwiej opisać moje wrażenia po pierwszym przesłuchaniu “Yellow & Green”, najnowszego wydawnictwa Baroness. Płyta jest dobra, wręcz bardzo dobra, ale odmienna od brzmienia, do którego zostaliśmy przyzwyczajeni na dwóch poprzednich albumach. Przypuszczam, że część fanów mogła się od zespołu odwrócić, ale… Podejrzewam, że w ich miejsce pojawiło się wielu nowych.

Na “Yellow & Green” metal zaczyna pokrywać się rdzą. John Baizley wraz z resztą ekipy postanowił zwrócić się w stronę bardziej łagodnej, przystępnej muzyki i nagrać album rockowy. Ale absolutnie nie można tego poczytać za zarzut. Słychać, że nie mamy tu do czynienia z pójściem na kompromis w celu zwiększenia napływu gotówki. Zmiana wynika z rozwoju zespołu i z wizji, jaką mają muzycy z Savannah. Co ciekawe – nie oznacza to wcale dalekiego odejścia od dotychczasowej stylistyki. Nie mamy też do czynienia z zupełnym odcięciem: “Take My Bones Away” mógłby się znaleźć na wcześniejszych wydawnictwach. Ogólnie można stwierdzić, że obie płyty są wypełnione melodyjnymi piosenkami o melancholijnym zabarwieniu. W przypadku Baroness nie oznacza to powolnych ballad o nieszczęśliwej miłości, ale nie zmienia to faktu, że znalazło się miejsce dla spokojnych utworów akustycznych (“Stretchmarker” czy – wieńczące całe wydawnictwo – “If I Forget Thee, Lowcountry”).

Generalnie “Yellow” jest płytą szybszą, “Green” tą bardziej eksperymentalną i wolną. Obie są warte uwagi, na obu znajdują się znakomite piosenki. “Back Where I Belong” to trochę podróż przez wspomnienia, trochę wyznanie, trochę chęć ucieczki. To ostatnie pragnienie wydaje się zresztą często pojawiać w tekstach. “Eula” to dla mnie zapis rozpaczy. Pozbawionej nerwowego miotania się, to raczej rozżalenie związane z pogodzeniem się ze swoim losem. Z tym, że wiesz, co będzie dalej. Emocje aż kipią… “Green Theme” jest jak leniwe, niedzielne popołudnie, spędzone w słońcu, na werandzie. Wspomiane wcześniej “If I Forget Thee, Lowcountry” przynosi wspomnienie pożegnania dnia, gdzieś z dala od ludzi. To raptem kilka przykładów. Warto sprawdzić zarówno je, jak i resztę.

Atmosfera, którą tworzy słuchanie “Yellow & Green” nie jest wesoła. Zebrana tutaj muzyka niesie ze sobą smutek, melancholię, zamyślenie. Nie można jej odmówić piękna, umiejętności całkowitego oczarowania, ale włączając płytę należy liczyć się z tym, że słuchanie nie przyniesie naładowanych akumulatorów. Jednak nadal jest to jedno z najlepszych wydawnictw w tym roku.

Mam nadzieję, że szybko dojdą do siebie po wypadku, który mieli miesiąc temu podczas trasy po Europie.

Dla fanów cyferek: 8/10

Surprise. That’s the word if I had to summarise my impressions after the first time I listened to ‘Yellow & Green’, the latest release from Baroness. The album is good, very good, but it truly differs from the sound, that we got used to on previous two CDs. I guess that some of the fans might turn their back on the band, but… I also think that a lot of new ones will come and take their place.

‘Yellow & Green’ is the place, were the metal starts to rust, you could say. John Baizley, along with the rest of his crew, has decided to pick a different path this time, towards more gentle, accessible music and record a rock album. And you just can’t make any objection to this. You can easily hear, that it wasn’t a compromise made to increase cash flow. It’s a consequence of band’s evolution and vision, that musicians from Savannah share. What’s interesting, is that it doesn’t mean walking away entirely from what we knew so far. Certainly Baroness isn’t entirely cutting off: ‘Take My Bones Away’ might be as well recorded on previous albums. Generally speaking: both CD’s are filled with melodic songs with melancholic theme. Of course, when it comes to Baroness, there’s no way to expect slow ballads of miserable love, but still… You can find here calm, acoustic tracks (‘Stretchmaker’ or – closing entire record – ‘If I Forget Thee, Lowcountry’).

Generally speaking: ‘Yellow” is the faster one and ‘Green’ the more experimental and slow one. Both deserve attention, both have great songs. ‘Back Where I Belong’ is a little bit of a trip through memories, a little bit of confession, a little bit of desire to escape. This last desire seems to come up in lyrics pretty often, by the way. ‘Eula’ is to me like a record of despair. Not with all the nervous shaking & struggling, but more of a bitterness, when you realize that you agree what life had in store for you. And you accept it. Emotions are boiling in this one… ‘Green Theme” feels like lazy Sunday afternoon, while sitting in the sun, on porch. ‘If I Forget Thee, Lowcountry’, that I mentioned before, recalls memory of stadning alone while the sun sets, somehwere far from other people. These are just a few examples. It’s really worth to check out them and the rest of the album.

The atmosphere that comes with ‘Yellow & Green’ isn’t happy. Music carries sadness, melancholy, meditation. You can’t deny it’s beauty, ability to charm, but when you press ‘play’ you should be aware that listening to it won’t charge your batteries. And still it’s one of the best releases of the year.

I hope that all of them will quickly get back on their feet, after an accident they had month ago, while touring Europe.

For all the fans of numbers and such: 8/10

Recenzja: Ren Harvieu "Through the Night"

Click for the English version

Ren Harvieu to prawdziwa wojowniczka. O wydanie swojej pierwszej płyty musiała toczyć bój znacznie cięższy niż większość artystów – bój z własnym ciałem, po wypadku, w którym uszkodziła sobie kręgosłup. Na szczęście wyszła ze zmagań zwycięsko i nagrała album “Through the Night”. A jest to album znakomity.

Czekałem na niego przez kilka miesięcy, także oczekiwania nie były najniższe. Młoda angielska wokalistka całkowicie im sprostała. Spory udział w jej sukcesie mieli bez wątpienia współautorzy piosenek. Wśród osób zaangażowanych w ich tworzenie znajdziemy m.in.: Eda Harcourta, Dave’a McCabe’a z The Zutons, Jimmy’ego Hogartha (producent i autor piosenek,z którego talentu korzystali Amy Winehouse, Sia, James Blunt, Corinne Bailey Rae i wiele, wiele innych osób) czy Howiego Payne’a. Powiem szczerze, że zastanawia mnie, jak brzmiałby utwór stworzony w całości przez Ren Harvieu i mam nadzieję kiedyś się przekonać. Efektem wspólnych wysiłków jest album wypełniony muzyką pop, wzbogaconą o nawiązania do soulu. Jednak nie jest to pop w stylu współczesnych stacji radiowych. To pop nawiązujący do najlepszych dokonań lat 60-tych. Te aranżacje, te melodie… Ja to całkowicie kupuję: ciepły wokal Ren, orkiestrę, wszystko razem.

Jaki nastrój ma ta płyta? Stary film. Deszczowa pogoda, noc w mieście, połyskujące neony, para tańcząca na ulicy. Kobieta w połyskującej sukni śpiewająca na tle aksamitu. Gdy słyszę utwór tytułowy, nie mogę powstrzymać podobnych skojarzeń. “Forever in Blue” z nastrojem dymu papierosowego unoszącego się w knajpie późną nocą. “Summer Romance” i nastrój zachodu słońca pod koniec lata. Ta płyta, to znakomita ścieżka dźwiękowa z filmu, którego nigdy nie nakręcono.

Nic dziwnego, że Ren Harvieu podbiła nawet Johnny’ego Marra…

Dla fanów cyferek: 8/10

Ren Harvieu is a true fighter. To release her first record, she had to struggle much harder than most artists do – she had to overcome limitations of her own body, after an accident which left her with injured spine. Luckily, she won the fight and recorded album ‘Through the Night’. A brilliant album.

I’ve waited for it for a few months, so the expectations weren’t low. Young English vocalist met them without any problems. Yes, without doubt co-authors of her songs had played a part in her success. Among the people invloved in writing them, you can find Ed Harcourt, Dave McCabe of The Zutons, Jimmy Hogarth (producer and writer for Amy Winehouse, Sia, James Blunt, Corinne Bailey Rae and many, many others) and Howie Payne. To be honest, I’d really like to hear how a song entirely written by Ren Harvieu would sound like. I hope to find out, one day. Their efforts brought to listener album filled with pop, enriched by soul music. However it’s not a pop music, that you can hear in a modern radio station. This is pop that makes references to the best achievements from sixties. Those arrangements, these melodies… I’m into it all: Ren’s warm vocal, orchestra, everything, everything.

What’s the mood of this record? An old movie. Rainy weather, night in the city, shining neons, a couple dancing on the street. Woman in a glittering dress sings on the velvet background. Whenever I hear the title song, I can’t stop these and similair visions in my mind. ‘Forever in Blue’ with atmosphere of cigarette smoke in pub, late at night. ‘Summer Romance’ and the mood of sunset at the end of summer. This album is an excellent soundtrack to a movie that has never been directed.

It’s really no surprise, that even Johnny Marr fell for Ren Harvieu.

For all the fans of numbers and such: 8/10

Recenzja: Bryn Christopher "My World"

Click for the English version

Bryn Christopher, pochodzący z Anglii, wydał swoją płytę już kilka lat temu, w 2008 roku. Był to jego pierwszy i – zdaje się – ostatni album. A szkoda… Cały czas mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję usłyszeć go w nowych utworach, ponieważ zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie.

Muzyka jaką można usłyszeć na “My World”, ponieważ taki właśnie tytuł ma album, to głównie R&B, ale też trochę soul, trochę pop. Wszystko to razem daje bardzo przystępny i przyjemny w odbiorze efekt. Nawet cover Portishead, który się tutaj znalazł – “Sour Times” – brzmi zaskakująco dobrze. Zaskakująco, ponieważ zmierzenie się z repertuarem Portishead wymaga sporo odwagi, a wyjście z takiego starcia zwycięsko jest już godne podziwu. Nadal wolę oryginał, ale utwór w wykonaniu Bryna Christophera nie jest jedynie słabą podróbką, ma własny charakter.

Zawartość albumu jest pełna emocji. “The Quest”, najbardziej chyba znany utwór z płyty, jest bardzo wiarygodnie wykonany, również muzyka burzy krew, choć nie jest to najszybszy numer na płycie. “Stay with Me” porywa swoją rytmiką, energią, wokalista brzmi w nim szczerze. “My World” gwarantuje pozytywne skojarzenia: we mnie zawsze przywołuje obraz otwarcia występu wodewilowego. Światła na scenę, ekscentryczny ubiór i taniec. Jednak np. “Found a New Love”, to już prawdziwe, bujające R&B. Zdarza się jednak też nostalgiczny nastrój, jak w “The Way You Are”. Właściwie mógłbym utwór po utworze napisać kilka ciepłych słów. Po prostu warto posłuchać.

Dla fanów cyferek: 7/10

Bryn Christopher, coming from England, released his record few years ago, back in 2008. This was his first and – so it seems – the last album. It’s a shame… I keep hoping that I’ll finally have a chance to hear him sing new songs, because he really made a good impression on me.

Music that can be found on ‘My World’, because that’s the records title, is mostly R&B, although there’s also a little bit of soul & a little bit of pop. All together, you hear a very accessible and enjoyable effect. Even Portishead’s cover that managed to get here – ‘Sour Times’ – sounds surprisingly well. Surprisingly, because it takes a lot of courage to even try to deal with this song, and leaving the clash as a winner is admirable. I still prefer original, but Bryn’s interpretation isn’t a cheap imitation, it has character of it’s own.

Albums content is full of emotions. ‘The Quest’, probably the most famous song from this record, is sung in a very reliable way, the music makes your blood run faster, although it’s not the fastest song in here. ‘Stay with Me’ will carry you away with its rythm & energy, vocalist sound honest. ‘My World’ guarantees positive connections: it always reminds me of some sort of a vaudeville show. Lights on stage, eccentric clothes & dance. But there’s also a real, swaying R&B – ‘Found a New Love’ – or a moment of nostalgic mood – ‘The Way You Are’. Well, I could wrte a few kind words about every song from the album. It’s just worth your time.

For all the fans of numbers and such: 7/10

Recenzja: Rilo Kiley "Under the Blacklight"

Click for the English version

Rilo Kiley już nie występuje ani nie nagrywa płyt, niestety. Kilka lat temu członkowie formacji zdecydowali się zawiesić działalność i… Już jej nie wznowili. Za każdym razem, gdy wracam do ich płyt, czuję się tym faktem głęboko zasmucony, podobnie jak świadomością, że nie będę miał okazji usłyszeć ich na koncercie. Nie lubię cierpieć w samotności, więc postanowiłem napisać parę słów o ich ostatniej płycie, “Under the Blacklight”. Podobno wielu fanom wcześniejszych dokonań zespołu ten album się nie spodobał. Cóż, lubię starsze płyty, ale podoba mi się także ten debiut w barwach muzycznego molocha. Szkoda, że stanowił łabędzi śpiew zespołu z Seattle.

Muzyka nagrana na “Under the Blacklight” to rockowy charakter, wymieszany z błyszczącym, tanecznym popem. Nie jest to oczywiście żaden hard rock, nie mówiąc o czymś cięższym brzmieniowo, ale jest gitarowo, wyraźnie słyszalna jest też perkusja. Prawie wszystkie piosenki napisała w całości sama wokalistka, Jenny Lewis, a w każdej ma swój autorski udział. Teksty napisane przez nią na tę płytę obracają się wokół nocnego życia miasta i relacji damsko-męskich. Już w rozpoczynającym album rytmicznym “Silver Lining” śpiewa poklaskując: “I never felt so wicked/As when I willed our love to die”. W “The Moneymaker”, utworze o bardzo charakterystycznym brzmieniu za sprawą gitary, usłyszeć można: “You’ve got the money maker/They showed the money to you/You showed them what you can do”. Może właśnie dlatego – i nieco za sprawą teledysku – utwór ten wydaje mi się być znakomity w nocnym klubie, jako oprawa muzyczna… Skoczne i taneczne “Dejalo”, idealnie sprawdzające się na parkiecie, również ma ciekawy tekst: “I got a tail if you wanna chase it/I got a tongue if you wanna taste it/I got a place on the east side/I got some time if you wanna…”. Utworem idealnym do potańczenia jest też “Smoke Detector” – dla mnie najlepszy numer z całej płyty, również za sprawą zabawnych słów. A ostatni utwór, “Give a Little Love”, to już rasowy pop, przywodzący na myśl skojarzenia z dawnymi dokonaniami Pauli Abdul.

W świetle tego, co pisałem wcześniej, mogłoby się wydawać, że płyta jest jeszcze jednym z moich nieco depresyjnych faworytów. Nic podobnego. Jest pełna życia i zabawy. Szkoda, że zwiastowała koniec. Pozostaje słuchać Jenny Lewis śpiewającej solo (albo prawie solo) oraz The Elected, w którym udziela się obecnie Blake Sennett.

Dla fanów cyferek: 7/10

Unfortunately, Rilo Kiley is no longer touring or recording. A few years ago band members agreed to put the band on hiatus and… They never came together again. Each time I hear their CDs, I’m saddened by this fact. Just as I’m saddened by the thought of never getting a chance to attend their gig. I hate suffering alone, so I decided to write few words about their last album, ‘Under the Blacklight’. I’ve heard that many fans of their previous releases didn’t like this one.Well, I like their older records, but I like this major-label debut as well. Too bad it was this Seattle-based band’s swan song.

Music recorded for the ‘Under the Blacklight’ has rock attitude, but combined with shiny dance-pop. It’s not any sort of hard rock, of course, not to even mention something heavier than that. But it’s still guitar sound with clear percussion. Almost all of the songs have been written by vocalist alone, Jenny Lewis, and she contributes in every single one. ‘Under the Blacklight’s lyrics circle around the night city life and male-female relationships. Even in opening album rythmical ‘Silver Lining’ she sings while clapping: ‘I never felt so wicked/As when I willed our love to die’. In “The Moneymaker”, composition with very characteristic sound, due to guitar, you can hear: ‘You’ve got the money maker/They showed the money to you/You showed them what you can do’. Maybe that’s the reason why – and a little bit because of the video – this song always makes me think, that it would fit perfectly in a nightclub… Jumpy “Dejalo”, perfect for the dancefloor, has interesting lyrics as well: ‘I got a tail if you wanna chase it/I got a tongue if you wanna taste it/I got a place on the east side/I got some time if you wanna…’. Another song perfect for you, if you wanna head to move, is “Smoke Detector” – for me it’s the best song on the entire album, and the funny words play their role here. And the last song, “Give a Little Love”, is a regular pop, reminding of Paula Abdul’s old achievements.

It might look like the album is another of my little bit depressing favorites. Well, that’s not the case. It’s colourful, full of life and fun. Too bad it was a harbinger of the end. All we can do now is listen to Jenny Lewis solo (or almost solo) and The Elected, where you can hear Blake Sennett.

For all the fans of numbers and such: 7/10

Recenzja: Russian Red "I Love Your Glasses"

Click for the English version

Russian Red w ubiegłym roku wydała swoją drugą płytę, “Fuerteventura”. Dzisiaj jednak będzie o pierwszym albumie, “I Love Your Glasses” z 2008 roku. Lourdes Hernández – tak bowiem naprawdę nazywa się artystka, której pseudonim pochodzi od koloru szminki, a nie jakichkolwiek związków z Rosją – rozpoczynając karierę miała zaledwie 14-15 lat. A jednak materiał na płycie w żaden sposób nie może być uważany za niedojrzały. Budzi to tym większe uznanie, że Russian Red jest jedyną autorką tekstów i muzyki…

Twórczość Panny Hernández to pop przemieszany z folkiem, z dorzuconą czasem odrobiną rocka. Efekt jest znakomity. I do tego wokal – delikatny, dziewczęcy. Czasem wręcz eteryczny. Powiem szczerze: od pierwszych dźwięków “Cigarettes” byłem całkowicie stracony. Wokalistka śpiewająca “He was sitting by the swimming pool/But he was scared, ’cause it wasn’t his time, it wasn’t his chance/Getting older’s not been on my plans” brzmi – mimo barwy głosu – jak dorosła kobieta. Mogę śmiało nazwać polskie gwiazdy w wieku średnim, które śpiewają teksty znacznie mniej dojrzałe. Generalnie jest rzewnie i nastrojowo, czego przykładem może być “No Past Land” z jego spokojną melodią i słowami o miłości. Nie jest jednak nigdy nieciekawie, nie ma się wrażenia grania wszystkiego na jeden ton. “Take Me Home” nosi w sobie echa, które przywodzą na myśl brzmienia rodem z Haiti. I do tego ten skandowany refren… Bywa bardziej depresyjnie – od razu przychodzi na myśl “Hold It Inside” ze swoją powagą. Zawsze jest interesująco. Cały album zamyka cover “Girls Just Wanna Have Fun” – jedyny, którego autorką nie jest Russian Red. Słynnej piosence zupełnie narzuciła swój charakter i ze skocznego utworu o imprezowaniu stworzyła rozrzewnioną balladę o dorastaniu.

Podsumowując: koniecznie trzeba się z tą płytą zapoznać. Na drugi album czekałem bardzo niecierpliwie. Ale o tym kiedy indziej.

Dla fanów cyferek: 8/10

Last year Russian Red released her second album, ‘Fuertevetura’. Today, however, there’ll be note about her first record, ‘I Love Yout Glasses’ which saw daylight in 2008. Lourdes Hernández – that’s artists name, whose moniker comes from colour of lipstick, not from any connections to Russia – was around 14 or 15 when she begun her career. However material that you’ll find here can’t be seen as immature. It deserves recognition even more, when you realize that Russian Red is the sole author of lyrics and music…

Miss Hernández’ creativity finds its way through pop mixed with folk, with a little bit of rock here and there. The effect is amazing. And the vocal – delicate, girlish. Sometimes simply ethereal. I’ll be honest: I was totally lost from the first sounds of ‘Cigarettes’. Vocalist singing ‘He was sitting by the swimming pool/But he was scared, ’cause it wasn’t his time, it wasn’t his chance/Getting older’s not been on my plans’ sounds like an adult woman. I could easily name polish middle-aged so-called stars, who sing lyrics that are much less mature. Generally the mood is melancholic, a perfect example may be ‘No Past Land’ with calm melody and worda about love. However it never gets dull in here, there’s no feeling that entire album sounds the same. ‘Take Me Home’ carries some echoes of sound that brings to you thoughts of Haiti. And this chanted refrain… Sometimes it gets more depressive – ‘Hold It Inside’ might be a good example here with its seriousness. But it’s always interesting. Whole album is closed by cover of ‘Girls Just Wanna have Fun’ – the only song here that Russian Red didn’t write by herself. Famous song has entirely given up to Hernández’ interpretation and it transformed from lively prty anthem into emotional ballad about gorwing up.

Well, to summarise: this album is must. I’ve waited for the second one very impatiently.But that’s a whole different story.

For all the fans of numbers and such: 8/10

Recenzja: Emika "Emika"

Click for the English version

Jakiś czas temu pisałem o swoim – dość niefortunnym – spotkaniu z elektroniką w postaci albumu o trudnej do sklasyfikowania zawartości. Dzisiaj chciałbym napisać o płycie, którą również wypełnia materiał niemożliwy dla mnie do określenia pod względem przynależności gatunkowej. Jednak to spotkanie zaliczam do udanych. Płytę, o której mowa, nagrała Emika, a jej tytuł to… “Emika”.

Emika pochodzi z Czech, ale dzieciństwo i młodość spędziła w Wielkiej Brytanii oraz w Niemczech. Muzyka, którą tworzy, wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom. Nic dziwnego, że pod swoje skrzydła wzięła słynąca z poszukiwań oryginalności i brzmień eksperymentalnych Ninja Tune. Brzmienie jest rasowo elektroniczne, a jednak nie przeszkadza to autorce wplatać w utwory klasycznych dźwięków fortepianu, na którym zresztą potrafi grać. Zimna muzyka, pełna dudniących basów, splata się tutaj z chłodnym, ale też delikatnym wokalem Emiki. Całość sprawia niesamowite wrażenie.

Nastrój albumu to samotność, nawet w obecności innych osób. Poszukiwanie drugiej osoby, niepewność własnych uczuć, szukanie siebie. Utwory są bardzo emocjonalne, choć odmalowane kolorami wyblakłymi, z których zniknęły radość i ciepło. Wypłowiały obraz poczucia wypalenia uczuciowego, wewnętrznej egzystencjalnej pustyni.

Płyta nie jest na szczęście nudna. “Professional Loving” jest równocześnie spokojny i pulsujący basem. “Count Backwards” mógłby być wykorzystany w “American McGee’s Alice”: to jak ścieżką dźwiękowa do snu, który zmienia się w koszmar. “Pretend” z połamanym podkładem wprowadza znaczną porcję psychodelii. “Drop the Other” jest – jak na ten album – niemal popowe, gdy Emika śpiewa o swoich rozterkach… A “Credit Theme” całkowicie wyłamuje się ze schematów – to instrumentalny utwór na fortepian, zamykający album.

Niepokojący. Tym jednym słowem opisałbym cały album. Zgromadzone tutaj utwory są hipnotyzujące. Ten dźwięk jest jak zimne palce wsuwające się niepostrzeżenie pod skórę. “Emika” jest warta poświęcenia jej czasu.

Dla fanów cyferek: 7/10

Some time ago I had written about my – a little bit unfortunate – meeting with electronic as an album with some hard to classify contents. Today I’d like to write about record that’s also impossible for me to easily describe, when it comes to genre. However this encounter I find very successful. The record is by Emika and it’s titled… ‘Emika’.

Emika is of Czech origin, however she spent her childhood and youth in United Kingdom and Germany. Music that she created, escapes unambiguous classifications. You shoulnd’t find this strange, that she’s been taken into care by Ninja Tune, label famous for it’s search for originality and experimental sound. The music on ‘Emika” is pure electronic and yet, author somehow manages to throw in compositions classical piano. Piano she plays, by the way. Cold music, full of rumbling bass, intertwines with chilly and at the same time delicate, Emika’s vocal. As a whole, it guarantees an amazing impression.

Album’s theme is of loneliness, even in presence of other people. Search for other person, uncertainty of your own feelings, search for yourself. Songs are very emotional, although painted with pale colours, that have been left by any joy or warm they may have had. Bleak image of emotive burn out, inner existential desert.

Luckily, the album is not boring. ‘Professional Loving” is at the same time calm and pulsating with beat. ‘Count Backwards’ could be easily used on ‘American McGee’s Alice’ soundtrack: it’s like record of dream turning into nightmare. ‘Pretend’ with it’s broken beat delivers a considerable amount of psychedelia. ‘Drop the Other’ seems – when compared to the rest of the songs – almost a pop tune, when Emika sings about her dilemmas… And ‘Credit Theme’ entirely breaks out of the patterns – it’s an instrumenal on piano, closing the album.

Distrubing. That’s the word I’d use to describe the record as a whole. Compositions are hypnotizing. The sound is like cold fingers, that sneak beneath your skin without being noticed. ‘Emika’ is worth your time.

For all the fans of numbers and such: 7/10