Recenzja: Yuna "Yuna"

Click for the English verison

Yuna jest młodą wokalistka, pochodzącą z Malezji. Nagrywała już wcześniej, ale “Yuna” jest jej debiutem na rynkach na całym świecie. Debiutem dość udanym, w który zaangażował się Pharrell Williams. Przesłuchanie płyty może chwilami budzić wątpliwości czemu persona o takiej renomie, podjęła się pomocy w wypromowaniu artystki na Zachodzie. Jednak utwory “dotknięte” przez słynnego producenta są najjaśniejszymi momentami płyty i pokazują jak duży potencjał ma młoda autorka, gdy współpracuje z właściwą osobą.

Album wypełnia muzyka pop, choć można usłyszeć też echa folkowe. Piosenki są delikatne i spokojne. Zresztą, cała płyta jest melodyjna i przyjemna w odbiorze. Głos Yuna ma bardzo przyjemny, dziewczęcy, uzupełniający się z brzmieniem. Jednak muszę przyznać, że wiele utworów może śmiało grać gdzieś w tle, nie przykuwając mocno uwagi, nie zmuszając do bliższego kontaktu. Są miłe dla ucha, ale – przynajmniej ja – nie potrafiłem większości od razu skojarzyć. Pojawiają się jednak również momenty bardzo charakterystyczne. “Bad Idea” to pierwszy utwór, któremu swój czas poświęcił Pharrell Williams. Brzmienie jest tutaj zdecydowanie inne niż reszty albumu, nie tak “gładkie”. Podobnie jak w “See You Go”, które Pharrell wzbogacił o elektroniczne wycieczki – z korzyścią dla piosenki. Wreszcie singlowe “Live Your Life” – znakomity utwór, pełen życia, optymizmu. Koniecznie trzeba go posłuchać. Ale to nie jedyne bardziej interesujące momenty. Warto zapoznać się też z “Island” i “Fading Flower”, których bujający rytm bardzo dobrze wpływa na słuchacza. Generalnie rzecz ujmując – druga połowa płyty jest lepsza.

Teksty śpiewane są po angielsku, co można policzyć zarówno jako plus, jak i minus albumu. Większość nosi w sobie lekki smutek, melancholię, ale zdecydowanie nie jest to nastrój depresyjny, przytłaczający. Raczej lekkie zachmurzenie niż ciemna noc.

Z pewnością będę z zainteresowaniem czekał na kolejny album Yuny. Ten mi tchu w piersi nie zaparł, ale daje nadzieję na większe emocje w przyszłości.

Dla fanów cyferek: 6/10

Yuna is a young vocalist from Malaysia. She had some records before, however this self-titled album is the first to be released all over the world. And it’s pretty good for a debut, a debut that Pharrell Williams was involved in. You might ask yourself a few times why a man of such renown made an effort to promote the singer. However, the songs ‘touched’ by famous producer, are the birghtest moments of the entire album and they show you how big is Yuna’s potential, when she teams with the right person.

Record is filled with pop music, although you can hear echoes of folk. Songs are delicate and smooth. Entire CD is melodious and pleasant to listen. Yuna’s voice is very nice, girlish, excellently corresponding with the music. However, I have admit that a lot of compositions can be easily played somewhere in background, without catching your attention immediately, not forcing you to listen more carefully. They’re pleasant to hear, but – at least that was my case – you won’t be able to recognise them at first. But there are also moments very characteristic. ‘Bad Idea’ is the first song that Pharrell Williams payed his attention to. The sound differs here from the rest of the album, it’s not that smooth. Just as in ‘See You Go’, which is enriched by Pharrells trip into area of electronic, with a benefit for the song. Finally, the single ‘Live Your Life” is an excellent track, full of life, optimism. It’s a must, if you want to pick one song here. But htese aren’t the only interesting moments. In my opinion it’s also worth to give a try with ‘Island’ and ‘Fading Flower’, as their rocking rythm is really good for listener. Generally speaking: the second half of the album is simply better.

Lyrics are sung in English. You might consider it a prek, might consider a flaw. Most of them carry a dose of sadness, melancholy, but definitely the mood isn’t overwhelming, depressive. It’s more of a cloudy day with occasional rain, than deep, black night.

I’ll surely wait for the next Yuna’s album with interest. This one didn’t take my breath away, but it gave me hope for some more powerful emotions in future.

For all the fans of numbers and such: 6/10

Why you shouldn’t get a membership at Daytrotter

Until now I’ve been quite happy member of the Daytrotter site. However today I’d like to share my disappointment. There’s a concert of Counting Crows available for download. Yay! Well… Not really. It’s not available for everyone. Yon can download it ONLY if you’re a new member. Or you bought a membership for someone else, as a gift.Honestly? I’d say that you have to really take care for your existing members, so they become something of a living ad for your site. It seems that there’s entirely different thinking at Daytrotter. More like: you’re already with us? Great! Now move, we need to get some new people inn.Counting Crows show is not the first time it happens. Previously you had vinyls as extras for new members. Let me do some quoting here. Daytrotter on their FB page:
‘Like our vinyl promotions, existing members can Gift A Membership to a friend and keep the download for themselves.’ Seriously? GIFT a membership and KEEP the download? That’s hell of a gift. ‘Here’s your package. No worries, I got something for myself from it.’Probably you can say that it’s my bad. CC was available for pre-order. Well, I’m not carefully paying attention to all the information I get from Daytrotter. Too much of useless crap in their e-mails. “Today” this, “soon” that… And the bottom line is: someone will have the show included in their membership, but you have to pay extra.

And it’s really not about the money. I donate more to one of American radio stations monthly than the annual membership at Daytrotter costs. It’s about the way you’re treated after you pay.

Recenzja: Jay Malinowski "Bright Lights & Bruises"

Click for the English version

Jay Malinowski najbardziej znany jest jako frontman kanadyjskiej grupy reggae/ska, Bedouin Soundclash. Jednak przypuszczam, że po włączeniu płyty “Bright Lights & Bruises”, każdy fan jego rodzimej formacji byłby szczerze zaskoczony. Zgromadzony na niej materiał w niczym nie przypomina muzyki, do której wokalista wcześniej nas przyzwyczaił.

Solowy album stanowi mieszankę muzyki pop, rock, przewijają się tutaj również akcenty rodem z folku. Bardzo dużo obiecuje otwierający płytę “There’s a Light”. Spokojny, delikatny, mimo, że nie jest szczególnie optymistyczny, to zawsze wywołuje we mnie pozytywne odczucia. Podobnie bardzo interesujący jest późniejszy “Narceritos”. Nie mam pojęcia co oznacza tytułowe pojęcie, ale utwór jest żywy i ciekawy, jeden z najlepszych na płycie. Bardzo przyjemnie zaskakuje nowa wersja “Santa Monica”, które to nagranie pierwotnie wydane było na pierwszym albumie Bedouin Soundclash. Nowa aranżacja znacznie bardziej przypadła mi do gustu. Dobre wrażenie zrobił na mnie pełen energii “Loving Hand”. Jednak generalnie płyta utrzymana jest w spokojnym tonie, to jak słuchanie historii o życiowych zakrętach, opowiadanych przy barze. Żałuję, że na wydawnictwie nie pojawia się więcej instrumentów klawiszowych. Moim zdaniem album by na tym znacznie zyskał. Wokalowi jednak towarzyszą zwykle gitary oraz perkusja i… właściciwe niewiele więcej. Takie instrumentarium jest całkowicie wystarczające zarówno do zagrania utworów bardziej pełnych życia, jak i tych spokojniejszych. Jednak pozostaje wrażenie, że można było zrobić coś więcej. Tekstowo Jay obraca się wokół rzeczy smutnych – rozstań, złych życiowych wyborów. Ciekawostka: jeden utwór (“Songs Never Sung”) wydaje się być, delikatnie mówiąc, inspiracją dla piosenki “Don’t Say Oh Well” z repertuaru Grouplove.

Nie jest to żadne epokowe dokonanie, nie jest to płyta wyjątkowa. A jednak jest na niej kilka utworów, do których nadal wracam, choć wydana została w 2010 roku.

Dla fanów cyferek: 6/10

Jay Malinowski is mostly recognised as a frontman of Canadian reggae/ska band, Bedouin Soundclash. I have to admit that probably any fan of mentioned group would be really surprised after listening to “Bright Lights & Bruises”. The songs that are recorded on the album are nothing like the music that Jay got us used to.

Solo album is a mix of pop, rock, there are also some slight accents of folk. ‘There’s a Light”, track opening the album, is very promising. Calm, delicate, and althourgh is’t not very optimisstic, it always makes me feel good. Just as interesting is the following track, ‘Narceritos’. I have no idea what this word means, but the song itself is full of life and energy. New version of ‘Santca Monica’, previously released on first Bedouin’s album, comes as a very pleasant surprise. I have to say that I like the new arrangement much more than the original one. Good impression is also there, when you listen to ‘Loving Hand”, one of more up-beat songs on the record. However the mood in general is a calm one, it’s like listening to stories about life and it’s complications, at some bar. I truly regret that the use of piano is so limited. In my opinion it would have worked well for ‘Bright Lights…’. Most of the time vocal is accompanied only by guitars, percussion and… that’s almost it. Such equipment is, of course, entirely enough to play energetic songs as well as calm ones. However I just can’t stop the feeling that there could’ve been done more. Jay’s lyrics circle around sad, sorrowful subjects: bad choices in life, break-ups. Interesting fact: one of the songs (‘Songs Never Sung’) seems to be, delicately speaking, inspiration for ‘Don’t Say Oh Well’ by Grouplove.

It’s not an epoch-making album, it’s not an exceptional record. And yet, somehow, I keep coming back to it, even though it was published in 2010.

For all the fans of numbers and such: 6/10

JAY MALINOWSKI “There’s a Light” from Paul Forte, Film & Video Editor on Vimeo.

Recenzja: Cold Specks "I Predict a Graceful Expulsion"

Click for the English version

Cold Specks, czyli Al Spx, ma umiejętność całkowitego zahipnotyzowania słuchacza. Gdy po raz pierwszy usłyszałem jej utwór “The Mark”, odłożyłem wszystko i skupiłem się na wyłącznie na słuchaniu. Po prostu musiałem. Ten krótki utwór obezwładnił mnie całkowicie. Zresztą, do dzisiaj pozostaje moim ulubionym na albumie. Zakup płyty wydawał się czymś całkowicie oczywistym. I bardzo słusznie.

Podchodziłem do tego albumu z dużymi oczekiwaniami. Może nie zostały całkowicie zaspokojone, ale absolutnie nie należy mówić o rozczarowaniu. Wręcz fakt, że album nieco się z nimi rozminął można policzyć na plus. Dlaczego? Spodziewałem się dostać więcej tego samego, czyli nastrój “The Mark” pomnożony przez liczbę utworów. I choć nie sposób się tutaj doszukać utworów przeznaczonych na parkiet, to płycie raczej trudno byłoby zarzucić granie na jedną nutę.

Al Spx napisała cały materiał zgromadzony na albumie. Trochę tu muzyki soul, trochę folkowych brzmień. Słychać, że nieobcy jest autorce gospel. A nad wszystkim – głównie za sprawą tekstów, ponieważ sam wokal ma przyjemną i ciepłą barwę – unosi się często ponury duch. W moim odczuciu praktycznie całej płycie towarzyszy “zimowy” nastrój, i stanowiłaby ona znakomitą ścieżkę dźwiękową dla tej pory roku…

Otwierający album “The Mark” to klimat samotnej, zimnej nocy. Głosowi Al towarzyszy tutaj wyłącznie gitara i wiolonczela, gdy żałobnym tonem śpiewa pierwsze słowa płyty: “He left his mark upon my skin/I said, I lost my loose heart to the cold, cold wind”, żeby w refrenie poprosić smutno: “Take my body home”. Autorka często zresztą bardzo trafnie oddaje nastrój piosenki jej tytułem. “Winter Solstice”, “When the City Lights Dim”, “Blank Maps”. A jednak trzeba pamiętać, że nie znajdują się tutaj wyłącznie wolne utwory – są tu i energiczniejsze piosenki, jak ostatnia wymieniona, jak “Hector”. A im bliżej końca, tym bardziej wydaje się zbliżać wiosna. Takie wrażenia towarzyszą mi przy “Steady”. Powoli rozwijający się utwór, jak wstający świt, aż do finału: “We have caught fire/And the night is ours”, który bardzo odbiega od początkowego smutnego wyznania na albumie. Następujący na koniec “Lay Me Down”, ponownie bardziej skromny jeśli chodzi o instrumentarium, nie jest może utworem pozytywnym, ale Al Spx wydaje się w nim być bardziej pogodzona ze sobą i świadoma, że każda zima musi się skończyć. I z takim odczuciem pozostawia słuchacza.

Bardzo intymny album i bardzo onieśmielający.

Dla fanów cyferek: 7/10

Cold Specks, or Al Spx, has the ability to entirely hypnotise listener. When I heard her song ‘The Mark’ for the first time, I put everything aside and focused only on listening. I just had to. This short song has overpowered me. Even today it is still my favorite track on the album. Decision to buy CD was obvious. And let me tell you this: it was the right one.

I approached album with big expectations. Maybe they aren’t fully met, but I can’t say even a single word about disappointment. You might even consider it an advantage. Why? Well, I expected to receive more of the same and that would mean ‘The Mark’ multiplied by number of songs. And while it’s impossible to find here any sort of dancefloor anthem, it’s also impossible to accuse Canadian songwriter of making a monotonous record.

Al Spx is the sole author of the entire material collected on ‘I Predict a Graceful Expulsion’. There’s a little bit of soul, a little bit of folk. It’s easy to hear that the author is familiar with gospel. But – mostly because of the lyrics, because vocal itself has a warm and pleasant timbre – there’s very often a grim spirit wandering around. In my opinion pracitcally entire album has a ‘winter’ mood and would make a perfect sound track for this season of year.

‘The Mark’, opening the album, has an atmosphere of a lone, cold night. Al’s voice is accompanied only by guitar and cello, when she sings in a grieving tone the first words of her record: ‘He left his mark upon my skin/I said, I lost my loose heart to the cold, cold wind’ and then sadly asks in refrain: ‘Take my body home’. It is very often, that the author names her songs in a very accurate way, when it comes to their mood: ‘Winter Solstice’, ‘When the City Lights Dim’, ‘Blank Maps’. But it’s important to remember that there are not only slow songs here. You can also find some more energetic, like the last one mentioned or “Hector”. And as the album progresses, it seems that the spring keeps getting closer. That’s how I feel when I hear ‘Steady’. Slowly building up, like sunrise, until it’s final: ‘We have caught fire/And the night is ours’, which seems to be very distant from the initial mournful confession. The last song, ‘Lay Me Down’ – you could consider it simple when it comes to instruments – might not be a happy song, but Al Spx seems to be more at peace with herself and aware that every winter has to end. And that’s the feeling she leaves you with.

Very intimate and very intimidating album.

For all the fans of numbers and such: 7/10

OFF 2012

Click for the English versionOd OFF-a minął już tydzień, wszyscy napisali swoje podsumowania. To może i ja parę słów napiszę na ten temat. Lepiej późno niż wcale… Tegoroczny OFF upłynął mi pod znakiem bolącej nogi. W związku z tym nie był, niestety, tak intensywny, jak planowałem. Nie było biegania między scenami, z namiotu do namiotu. Trochę wstyd, jak wspomnieć Iggy’ego Popa. Nie zmienia to faktu, że właściwie usłyszałem wszystko, co planowałem. A i pewne odkrycia muzyczne też udało się poczynić.

Pierwszym koncertem, który próbowałem odwiedzić w piątek, był Colin Stetson. Niestety, pierwszej chwili poczułem się, jakbym znalazł się w środku filmu “Alien”. Niedługo potem doszedłem do wniosku, że tak mogą brzmieć umierające nosorożce i zdecydowałem się na ewakuację. Colin Stetson okazał się być dla mnie zbyt alternatywny i wyszedłem całkowicie pokonany. Pozytywne wrażenia wyniosłem z występu Converge. Było mocno i konkretnie, także nie rozczarowali. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć hardcore’owców z Salem i całkowicie zaskoczył mnie wokalista, Jacob Bannon, który przez cały koncert był bardzo uprzejmy wobec publiczności i sprawiał wrażenie zaskakująco skromnego człowieka. Właściwie z tego dnia chciałbym wspomnieć jeszcze o dwóch zaskoczeniach: pozytywnym oraz negatywnym. Na OFF-ie pierwszy raz zetknąłem się z muzyką Charlesa Bradley’a. Niesamowity występ. Świetna muzyka, bardzo dobry głos, piękne melodie. Czego chcieć więcej? Najlepszy koncert piątku, a i jeden z najlepszych na całym festiwalu – bez wątpienia pierwsza trójka. Niestety, potem przyszło rozczarowanie, czyli Mazzy Star. To był jeden z koncertów, na które najbardziej czekałem. Właściwie do samej muzyki nie mam żadnych zarzutów. Ale… słyszałem o wstydliwości Hope Sandoval, o unikaniu interakcji z publicznością. Przyznaję jednak, że nie sądziłem, że nie odezwie się do zgromadzonych nawet jeden raz. Bardzo, bardzo słaby był dźwięk. A i publiczność nie potrafiła uszanować nastroju, jaki ma Mazzy Star – jacyś żartownisie przez praktycznie cały koncert bawili się w teatrzyk cieni na wizualizacjach widocznych na scenie. Niesamowite, że trwało to do samego końca występu i nikomu z nich nie przyszło do głowy, że każdy żart – nawet najbardziej śmieszny (a ten taki nie był) – w końcu robi się nudny i irytujący. Oczywiście, te zarzuty nie są winą zespołu, w żaden sposób. Jednak niesmak po koncercie pozostał.

W sobotę bardzo mi się spodobał pierwszy usłyszany koncert, czyli warszawska załoga The Stubs. Grali bardzo energetycznie, pobudzająco. Warto się nimi zainteresować. Bardzo dobre wrażenie zrobił też na mnie wspólny występ Tides from Nebula oraz Blindead, ale nic w tym dziwnego, bo obie kapele lubię. Znakomicie wypadło wyczekiwane przeze mnie Other Lives. Nastrój stworzony przez Jessego Tabisha i jego zespół był lekko melancholijny, ale niczego innego nie należało się spodziewać, znając ich dokonania muzyczne. Pozytywne wrażenia wyniosłem też z koncertu Baroness – trafił się stary materiał, były dokonania z “Yellow & Green”. Generalnie: bardzo solidny, równy koncert. Znakomicie zaprezentował się Thurston Moore. Szkoda, że Sonic Youth nie miałem okazji zobaczyć, ale samodzielnie również prezentuje świetne, rockowe granie. Przyjemnie było również usłyszeć The Antlers. Depresyjnie, ale przyjemnie. Natomiast niewątpliwie gwiazdą dnia – oraz całego OFF-a – był Iggy Pop oraz The Stooges. Iggy udowodnił, że punk rock, to jego życie. Stary, obolały, zmęczony, a jednak szalał na scenie przez cały czas. Przyjemne akcenty, jak zaproszenie ludzi na scenę. Moim skromnym zdaniem Iggy oraz The Stooges pokazali, że nadal mają w sobie więcej ognia, niż większość młodych, rockowych kapel. Niesamowity występ, warto zobaczyć!

Ostatniego dnia dotarliśmy późno. Pierwszym, co mogliśmy usłyszeć, było Fanfarlo. Przyjemnie się słuchało, choć nie porwało niesamowicie. Zaskoczył mnie Ty Segall, zupełnie mi wcześniej nieznany. Na pewno niedługo posłucham jego płyt. Zaskoczeniem była też Kim Gordon. Niestety, o ile dzień wcześniej jej partner swoim występem zrobił na mnie dobre wrażenie, to… Z Kim & Ikue poszedłem bardzo szybko. Battles dużo uwagi nie poświęciłęm, ponieważ za bardzo wyczekiwałem na Henry’ego Rollinsa. Nie śpiewał, zgodnie z zapowiedziami. Czy mi się podobało? Tak. Ale byłem też lekko rozczarowany. Być może to tylko ja, ale miałem wrażenie, że dla osoby zaznajomionej z jego książkami, płytami, występami, nie było tam wiele interesujących rzeczy. Mówił ciekawie, ale to było bardziej “Wprowadzenie do Henry’ego Rollinsa”. Tak to odczuwałem. Także mam nieco mieszane uczucia. Szczególnie, że Rollins wymagał zrezygnowania ze Stephena Malkmusa. Ostatnim, co usłyszałem na OFF 2012, było SWANS. Miażdżyli, ściana dźwięku. Gdyby tak jeszcze Jarboe…

Generalnie – niewiele odkryć za sprawą mojego niedomagania. Ale kilka się trafiło. Rzeczy, które znałem, w większości spełnił oczekiwania. Miejsce zachwyca mnie tak samo, jak za pierwszym razem. I do tego ludzie. Sporo naprawdę interesujących osób. W tym momencie chciałbym pozdrowić ekipę lokalnych starych punkowców. Dzięki za sympatycznie spędzony czas!

Z całą pewnością w przyszłym roku znowu będę kupował bilet w ciemno. OFF to pewniak. Zawsze.

It’s been one week since the end of OFF Festival already. Everyone posted their summaries. Here’s a few words from me. Better late than never… Probably what I will remember the most from this year’s OFF is my aching leg. It was the reason festival wasn’t as intensive, as I planned it to be. There was very little running from one tent to another. A little bit embarassing when you think of Iggy Pop. Nevertheless I heard almost everything that I wanted to. And even made some musical discoveries.

The first concert I tried to see, was Colin Stetson. Unfortunately, at first his music made me think that I’m inside the ‘Alien’ movie. And then it began to make me think: ‘This must be the sound of dying rhinos’. I decided that it’s time to evacuate. Colin Stetson proved to be too alternative for me… I got positive feelings from Converge performance. It was hard and concretely, so it wasn’t a disappointment. It was the first time I saw hardcore band from Salem and I was entirely surpised by vocalist, Jacob Bannon. Throughout entire concert he was very polite towards the public. He also made an impression of a very modest man. I’d like to mention two more surprises: one positive and one negative. OFF made me encounter Charles Bradley’s music for the first time. Amazing performance. Great music, very good vocal, beautiful melodies. What more can you ask for? The best concert from Friday and one of the best from the entire OFF. Unfortunately, later I went to see Mazzy Star. This was one of the shows that I waited for the most. Generally I can’t have any objections about their music. But… I’ve heard of Hope Sandoval’s shyness, rare interactions with public. But I didn’t expect that she wouldn’t say a word even one single time. The sound was very poor. And also the public didn’t rise to the occasion. Of course, these accusations have nothing to do with the band. It’s just that all of it, combined, left bad taste.

On Saturday I really liked one band from Warsaw, The Stubs. They played really energetic, stimulating set. Appearance by Tides from Nebula & Blindead also mage a good impression. Nothing unusual, probably, since I like both these bands. Excellently played band that I have been waiting for, Other Lives. Mood created by Jesse Tabish and his band was a little bit melancholic, but you wouldn’t expect anything else. I’ve had positive impressions after Baroness played – there was some old stuff, there were songs from “Green & Yellow”. Generally: very solid concert on even level. I found Thurston Moore’s performance excellent. Too bad I didn’t have the ocasion to see Sonic Youth. But Moore alone presents really good rock music. Undoubtedly the star of this day – and entire OFF Festival – was Iggy Pop & The Stooges. Iggy proved that punk rock is his life. Old, in pain, tired and still raging across the stage entire time. In my humble opinion Iggy & The Stooges showed that they’ve got in them more power than most of young rock bands. Amazing show, worth seeing without doubt.

On last day we arrived quite late. First band we heard was Fanfarlo. It was nice, but didn’t carry me away. What surprised me was Ty Segall, entirely unknown to me before. I’m sure I’ll be listening to his records soon. I was just as surprised by Kim Gordon. Unfortunately, while her ex-partner made a very good impression, I left Kim & Ikue Mori pretty fast. I didn’t pay much attention to Battles, since I was already waiting for Henry Rollins. He wasn’t singing, as expected. Do I like his show? Yes. However it also disappointed me a little bit. Maybe that’s just me, but I felt like there wasn’t much new stuff for someone familiar with his books, records, shows. It was interesting, however it felt more like a “Henry Rollins 101”. That’s how I perceived this show. Especially because Rollins made me give up on Stephen Malkmus. The last thing I’ve heard durinf OFF 2012 was SWANS. They were crushing, a massice wall of sound. If only Jarboe was there…

In egenral: not much new discoveries due to my illness. But some have happened. Bands I knew made it to my expectations, almost without an exception. Place as enchanting, as when I first came to OFF. And people… A lot of really interesting men. And that’s where I’d like to greet crew of local punk veterans. Thanks for nicely spend time together!

Next year I’ll surely buy a ticket before any line-up is known. OFF is a sure good music and time. Always.

Recenzja: Lemolo "The Kaleidoscope"

Click for the English version

Lemolo postawiły przede mną jedno z największych wyzwań, z jakimi miałem do czynienia w ostatnim czasie. Zaczęło się od wysłuchania ich występu w radiu KEXP z Seattle. Poruszony tym, co usłyszałem, jeszcze tego samego dnia kupiłem ich debiutancki album, “The Kaleidoscope”, wydany na początku lipca. I właśnie wtedy pojawił się problem: już pierwszy utwór oczarował mnie tak całkowicie, że słuchałem wyłącznie jego. Podjęcie decyzji o przesłuchaniu reszty, wymagało ode mnie długiej walki z samym sobą. Co zatem właściwie ten kobiecy duet rodem z Seattle ma do zaoferowania?

Muzyka nagrywana przez Lemolo to dream pop. Meagan Grandall, wokalistka, grająca również na gitarze i klawiszach, oraz Kendra Cox, odpowiedzialna za perkusję i klawisze, stworzyły na swoim albumie oniryczny, delikatny nastrój, przywodzący na myśl letni zmierzch, ciepłą noc. Nie ma tutaj miejsca na bardzo skomplikowane aranżacje lub nakładane na siebie kolejne warstwy dźwięku. Lemolo postawiły w brzmieniu na prostotę i ich podejście się sprawdza w stu procentach. Dream pop powinien być eteryczny i właśnie taki jest “The Kaleidoscope”, czemu w żaden sposób nie przeszkadza bardzo mocno i wyraźnie zaznaczone brzmienie bębnów Kendry Cox. Nie oznacza to jednak, że wszystkie utwory są takie same.

Otwierający album “Knives”, o którym wspominałem wcześniej, jest bardzo emocjonalny. Meagan śpiewająca: “Oh, I pray for thicker skin/How could I not let you in?” oraz towarzysząca jej głosowi prosta muzyka, dają mocno zapadający w pamięć efekt. “Letters” zbudowana jest wokół dźwięków tradycyjnego pianina, podczas gdy “Whale Song”, za sprawą brzmienia klawiszy, przywołuje dokonania synth popu. “On Again, Off Again” jest z kolei bardziej kołyszący, mi się za każdym razem kojarzy z brzegiem i uderzającymi o niego falami. “Tracing” jest bardzo spokojny, wręcz wyciszony, uspokajający. Zdecydowanie nie jest monotonnie.

Słuchając tej płyty przypomniałem sobie film, który oglądałem dawno temu, mianowicie “Hook”. Nie pamiętam dokładnych słów, ale w jednej z końcowych scen Dzwoneczek mówi w nim coś podobnego: “Znasz to miejsce między snem a jawą? Miejsce, w którym wciąż jeszcze pamiętasz sny?”. Przypomniały mi się te słowa, bo chyba właśnie stamtąd wywodzi się muzyka Lemolo. Mam nadzieję, że odniosą sukces – zasługują na niego.

Dla fanów cyferek: 7/10

Lemolo have made me face one of the biggest challenges, recently. Everything started when I heard them play on radio KEXP from Seattle. Moved by what I’ve heard, I immediately bought their debut LP, ‘The Kaleidoscope’, released in early July. And that’s when my problem emerged: I couldn’t get past the very first track. It has enchanted me so deeply, that it was the only track I listened to. It took me awhile to finally hear the rest of the album. So what is it exactly, that this Seattle-based female duet has to offer?

Music played by Lemolo is a dream pop. Meagan Grandall, vocalist, guitarist and pianist, and Kendra Cox, responsible for drums, keyboards & percussion, have managed to create on their album an oneiric, delicate mood, reminding of a summer’s sunset, warm night. There’s no room for very complicated arrangements or superimposed layers of sound. Lemolo have put trust in simplicity and it’s a 100% match. Dream pop should be ethereal and that’s exactly the way, ‘The Kaleidoscope” is. And the fact that Cox’s drums are very strong and clear isn’t any harm to the mood. However, all of this doesn’t mean, that all of their songs sound the same.

‘Knives’, mentioned earlier album opener, is deeply emotional. Meagan’s singing ‘Oh, I pray for thicker skin/How could I not let you in?’ combined with not overcomplicated music, gives a very memorable effect. ‘Letters’ is built using the traditional sound of piano, while ‘Whale Song’ evokes synth pop due to keyboard sound. On the other hand ‘On Again, Off Again’, is more swaying, reminding me of the shore and the waves crashing it. ‘Tracing’ is very quiet, calmed down and soothing. Definitely the album is all but monotonous.

This CD made me remember a movie that I’ve seen a long time ago, ‘Hook’. In one of it’s final scenes Tinkerbell says: ‘You know that place between sleep and awake? That place where you still remember dreaming?’. I remembered those words, because I think that’s exactly where Lemolo music comes from. I hope they will succeed – they deserve it.

For all the fans of numbers and such: 7/10

Lemolo “Open Air” from James Bailey on Vimeo.

Recenzja: Heartless Bastards "Arrow"

Click for the English version

Tegoroczna płyta Heartless Bastards, czyli “Arrow”, jest już – o ile mi wiadomo – czwartą w ich dorobku. Przyznaję się, że jest równocześnie pierwszą, którą miałem okazję usłyszeć. Jednak wygląda na to, że nie będzie ostatnią. Nie przy jakości materiału, jaki został na niej nagrany.

Heartless Bastards stawia na rockowe brzmienie. I słychać w nim, że jest to wybór podyktowany wyłącznie potrzebą serca, niczym innym. A dokładniej – potrzebą serca Eriki Wennerstrom, która jest autorką wszystkich piosenek nagranych na “Arrow”. Równocześnie jest gitarzystką i wokalistką zespołu. I właśnie jej głos jest jednym z najbardziej interesujących punktów płyty. O charakterystycznej, jakby zachrypniętej barwie, pełen emocji. Niewątpliwie to jeden z największych atutów Heartless Bastards, jeśli nie największy. Gdy autorka śpiewa “Well the arrow killed the beast/That is burnin’ inside of me” w “The Arrow Killed the Beast” albo “And the hour is getting late” w “Down in the Canyon” ciarki an grzbiecie są często towarzyszącym uczuciem.

Muzycznie Erika Wennerstrom czerpie z tradycji garage rocka i bluesa. Słychać tutaj też spuściznę folku (“Low Low Low”) czy glamu (“Got to Have Rock and Roll”, który mógłby trafić z powodzeniem na album T. Rex). Z kolei trwający sześć i pół minuty “The Arrow Killed the Beast” byłby całkowicie na miejscu na ścieżce dźwiękowej spaghetti westernu Sergia Leone. Dźwięk wywołujący skojarzenia z pustynią, brakiem ludzi, słońcem. Wbrew pozorom na albumie nie panuje chaos. Są momenty bardziej żywe, pulsujące, błyszczące, są też chwile wyciszenia. Ale stylistycznie całość jest do siebie znakomicie dopasowana. Dobrze, że zamykający album “Down in the Canyon” trwa siedem i pół minuty – tak solidna porcja na pożegnanie nie pozwala na niedosyt.

Warto posłuchać, jeśli ktoś lubi rockowe, tradycyjne granie.

Dla fanów cyferek: 7/10

Album released by Heartless Bastards this year – ‘Arrow’ – is, as far as I know, their fourth record. I must admit that it’s also the first one I’ve heard. However it looks like it’s not going to be the last one. Not with the quality of this release.

Heartless Bastards puts emphasis on rock sound. And you can here that it’s a choice of heart, not of anything else. A choice of Erika Wennerstrom’s heart, to be exact, as she’s the author of all of the songs on ‘Arrow’. At the same time she’s guitarist and vocalist of the band. And it’s her voice, that is one of the most intriguing points of album. Characteristic, hoarse timbre, filled with emotion. Definitely one of the biggest, if not the biggest – assets of Heartless Bastards. When the author sings ‘Well the arrow killed the beast/That is burnin’ inside of me” in ‘The Arrow Killed the Beast’ or ‘And the hour is getting late” in ‘Down in the Canyon’ goose bumps are a common reaction.

Music by Erika Wennerstrom draws a lot from the tradition of garage rock and blues. You can hear here also echoes of folk (‘Low Low Low’) or glam (‘Got to Have Rock and Roll’, which might be successfully released by T.Rex). ‘The Arrow Killed the Beast’, which lasts for six and a half minutes, might be put on sound track from Sergio Leone’s spagetthi werstern. It’s sound brings to listener pictures of desert, sun, lack of men. However the CD isn’t in any way chaotic. There are moments more shining, full of life, pulsating, there are also calm, but the whole is coherent and matches up. It’s great that ‘Down in the Canyon’, serving as closer to entire album, is seven and a half minutes long – so big portion of great music as a goodbye can’t leave you with a feeling of shortage.

It’s really worth a listen if you’re into rock, traditional music.

For all the fans of numbers and such: 7/10