Recenzja: Mark Lanegan Band "Blues Funeral"

Wydana na początku lutego płyta pozostaje moim pewniakiem do zestawienia dziesięciu najlepszych albumów bieżącego roku. Znakomita przeciwwaga dla dobiegającego zewsząd “indie” grania – rockowego i elektronicznego. Elektronika pojawia się też u Lanegana, ale z piętnem autora odciśniętym do ostatniej nuty. Fani dotychczasowej twórczości nie mają jednak powodu do zmartwienia: podstawą płyty są gitary. I – oczywiście – głos ex-wokalisty Screaming Trees. Również w warstawie tekstowej Lanegan obraca się w kręgu, w którym dobrze się odnajduje: wyglądania zbawienia bez nadziei na jego przyjście, braku łatwych wyjść, pustych butelek i oddechu Śmierci na plecach.

Otwierający album “The Gravedigger’s Song” przyprawia o niepokój i gęsią skórkę. Rytm piosenki oraz słowa, jak np. rozpoczynający pieśń “With piranha teeth I’ve been dreaming of you”, pozostają ze słuchaczem na długo. “Bleeding Muddy Water” trochę trąci, niestety, dłużyzną. Na początku robi dobre wrażenie swoją spokojną i ponurą atmosferą, bluesowym brzmieniem. Jednak prawie sześć i pół minuty można było śmiało skrócić. Utwór klimatem przypomina nagrania do spółki z Soulsavers. “Gray Goes Black” stanowi ożywienie, bardzo przydatne po swoim poprzedniku. Piosenka przyjemna i – wbrew temu, co zdaje się zapowiadać tytuł – nie przygniata słuchacza ciężarem emocjonalnym. “St. Louis Elegy” jest powrotem do bardziej wyciszonego brzmienia. Jest też jednym z najlepszych utworów na płycie. Blues we współczesnej postaci z tekstem przemawiającym do wyobraźni (“Woman, are you home?/A house of cards, a frame of bones”). Gościnnie pojawia się też tutaj drugi z The Gutter Twins – Greg Dulli. W “Riot in My House” słuchacza witają jazgotliwe gitary, które sprowadził ze sobą Josh Homme, inny z wieloletnich współpracowników Lanegana. Energetyczna i treściwa podróż przez cztery minuty szerzącego się chaosu w domu wokalisty. Przynajmniej w warstwie tekstowej, choć piosenka nie ma w sobie nic przypadkowego. “Ode to Sad Disco” zbudowany został w oparciu o “Sad Disco”, utwór z filmu “Pusher II”. Oda jest za długim utworem (ponownie prawie sześć i pół minuty), ale to jej jedyny mankament. Tak wygląda elektronika Marka Lanegana – niby da się przy tym tańczyć, ale jest na tyle ponuro, że chyba jednak lepiej usiąść przy barze i się napić. “Phantasmagoria Blues” jest utworem wiernym swojemu tytułowi: bluesowe wyznanie miłości (“I have given to you, Jane/A bruised and beaten love”), stanowiące równocześnie wyznanie grzechów. Elektryczne krzesła, żyletki – to tutaj można znaleźć… “Quiver Syndrome” to prawdziwy zastrzyk energii z czarującymi chórkami, śpiewającymi “oohooh”. Ale chórki nijak nie moga się równać z gwiazdą wieczoru, zaczynającą swój refren od słów: “The moon don’t smile on Satruday’s child/Lying still in Elysian fields”. Robi wrażenie. “Harborview Hospital” jest jak pierwszy spacer po mieście, do którego wróciło się po latach nieobecności, w piękny, słoneczny dzień. Znajome ulice, znajome miejsca, witające swoja odmiennością, podobnie jak ludzie. Zaskakujący utwór, nie spodziewałbym się go po tym wokaliście. “Leviathan” wydaje się uderzać w zupełnie inną nutę, gdy Mark Lanegan śpiewa na samym początku “I lay down my guns on a table”, a w drugiej zwrotce: “Leviathan waits in the water/Skeletons hide in the trees/The hours crawl by like a spider/Hangman is following me”. A jednak dzięki muzyce, która tym wersom towarzyszy, i dzięki ostatnim słowom: “Everyday a prayer/For what I never knew/But this one I said for you” utwór wydaje się kończyć pozytywnym spojrzeniem, może rozliczeniem swoich grzechów? “Deep Black Vanishing Train”, akustyczny utwór z folkowym zacięciem, również zdaje się być jako całość pozytywny (“I have finally freed myself/But it’s been hard to break away”), a jednak ma posmak goryczy i rozczarowania (“It’s a deep black vanishing train/Upon a very long track/Standing on a sidewalk in the rain/Hands behind my back”). Ostatni utwór na płycie, “Tiny Grain of Truth”, jest tych nieprzyjemnych uczuć pozbawiony. To spacer po mieście w świetle Księżyca albo nabrzeże obmywane nocnymi, czarnymi falami. Pogodzenie się z błędami przeszłości (“What’s done is done is done now”). Znakomity koniec dla płyty z pogrzebem w tytule…

A swoją drogą, najbardziej mi żal, że na płytę nie trafiło “Burning Jacob’s Ladder”.

Dla fanów cyferek: 8/10

Recenzja: Regina Spektor "What we Saw from the Cheap Seats"

Regina Spektor uszczęśliwiła fanów nowym albumem. Poprzedni (“Far”) wydała w 2009 roku, więc trochę czasu minęło. Po drodze pojawiło się jeszcze co prawda nagranie koncertu (“Live in London”), ale na nowy materiał przyszło czekać trzy lata. Było warto. Tak to już jest z tą Reginą.

Zaskoczeń wielkich nie ma. Co to oznacza w praktyce? Właściwie tyle, że jeśli ktoś fanem autorki nie był, to powita nagrania okrzykiem: “Znowu to samo!”. Fani natomiast zawołają: “Wreszcie więcej kochanej Reginy!”. Jako osoba beznadziejnie zakochana w twórczości uroczej, amerykańskiej Żydówki rosyjskiego pochodzenia, nie pojmuję jak można jej nie lubić i powitałem album z radością. Regina Spektor zachowuje dystans do siebie, swojej twórczości i otaczającego nas świata. Unika patosu, puszcza oko do słuchacza.

Najpierw na płycie rozbrzmiewa “Small Town Moon”. Regina już tutaj potrafi przywołać uśmiech na twarzy słuchacza, gdy wyśpiewuje: “Today we’re younger than we ever gonna be! Woo!”. W “Oh Marcello” żartuje sobie udając perkusję (zresztą, nie po raz ostatni na tej płycie) i imitując włoski akcent, żeby chwilę później śpiewać “Don’t Let me be Misunderstood” Niny Simone. “Don’t Leave Me (Ne Me Quitte Pas)” to powrót do piosenki z albumu “Songs”. Do fortepianu z wersji oryginalnej dodane zostały inne instrumenty i całość nagrano od nowa. Moim zdaniem z korzyścią dla utworu. “Firewood” jest pierwszą piosenką “na poważnie”, spokojnym utworem o miłości, o życiu, o rzeczach ważnych (“Love what you have/And you’ll have more love”). “Patron Saint” jest bardziej ożywione od strony muzycznej, natomiast tekstowo pozostaje w kręgu “miłosnym”. Następujące potem “How” jest kolejnym momentem wyciszenia. Fortepian jest tutaj stonowany, choć lekko kołyszący. Słowa ponownie o miłości – utraconej, ale będącej obiektem westchnień, wspomnień. Wypatrywanej, by wróciła. Singlowe “All the Rowboats” ponownie rozpoczyna niby-beatbox Reginy, gdy naśladuje perkusję. Utwór żywy, choć smutny – o dziełach sztuki uwięzionych w zamknięciu, które nie mogą uciec z muzeów, galerii i służą za rozrywkę. Nie podejmę się próby interpretacji z cyklu “co autor miał na myśli”… Z właściwym sobie wdziękiem Regina przechodzi do polityki, o której śpiewa w “Ballad of a Politician”. Nieuważny słuchacz może w pierwszej chwili pomyśleć, że pokusiła się o napisanie tekstu, który bardziej pasowałby raperowi (“Shake it, shake it baby/Shake your ass out in that street/(…)/Work it, work it baby/Work your way ’round that room”) do chwili, gdy się nie wsłucha i… nie przekona, że tekst jest kierowany do polityków ściskających się oraz potrząsających dłońmi na raucie. Ta przewrotna piosenka kończy się gorzkim podsumowaniem: “You’re gonna make us scream someday/You’re gonna make it big”. Kolejny utwór – “Open” – jest powrotem do bardziej nostalgicznych tonów oraz wyczekiwania na drugą osobę. “The Party” to z kolei krótka piosenka, w której Regina (oprócz udawania trąbki) śpiewa o przyjaciołach i ukochanych – tych, którzy są i tych, którzy byli: “For every road we can’t retrace/For every memory we can’t face/For every name that’s been erased/Let’s have another round”. Cały utwór ma nastrój uśmiechu do wspomnień, a nie smutku czy rozczarowania i jest jednym z moich ulubionych na płycie. Szczególnie ostatnie słowa: “You’re like a big parade through town/You leave such a mess but you’re so fun”. Cały album wieńczy niespełna dwuminutowa piosenka “Jessica” o dorastaniu, przemijaniu kolejnych lat. Regina zwierza się w niej z blokady twórczej, gdy przyszło do napisania piosenki dla Jessici. Prosty tekst, nie ma go za wiele, ale w połączeniu z delikatną gitarą wyszło pięknie.

Jeśli ktoś nie zna Reginy – ta płyta to dobry sposób na rozpoczęcie znajomości.

Dla fanów cyferek: 8/10

Recenzja: Grace Woodroofe "Always Want"

Heath Ledger słynie ze swojego aktorskiego talentu. Okazuje się jednak, że znakomite kino wcale nie musi stanowić jedynej spuścizny, jaką nam pozostawił. Parę lat temu aktor odkrył 16-letnią wówczas Grace Woodroofe. Talent młodej wokalistki pochodzącej z Perth, skąd wywodził się również Ledger, wywarł na nim duże wrażenie. Na tyle duże, że ściągnął ją do LA i zaoferował swoje wsparcie.

Na szczęście.

Grace Woodroofe spełniła pokładane w niej nadzieje. Album “Always Want” to “kawał porządnego grania”. Uznanie należy się pannie Woodroofe tym większe, że to debiut. Płyta jest utrzymana w stylistyce bluesowej, z dodatkami popu, folku.

Otwierający album “I’ve Handled Myself Wrong” oczarowuje. Głos wokalistki idealnie tworzy atmosferę melancholii w tym spokojnym utworze. Podobnie jest w następującym później “Battles”, opowiadającym o zmaganiach kelnerki w średnim wieku. Zaskakujące jak znakomicie odnalazła się w tej roli dwudziestoletnia dziewczyna. Piosenka nasycona jest rozgoryczeniem, rozczarowaniem. Jednak jeśli słuchacz spodziewa się, że cała płyta będzie w podobnej stylistyce, to już przy kolejnym utworze przekonuje się, że Grace Woodroofe ma do zaoferowania znacznie więcej. Z jednej strony “Transformer” można przyjąć za hołd dla znajomych aktorów (“I’m an actress, I’m an actor/I’m a full-time be whoever (…)/I’m your transformer”), ale równocześnie to utwór, który można odbierać jako intymną deklarację (“You say tall, I’ll grow/You say thin, I’ll fast/You say make it longer/Well I’ll make it last/I can be whoever you want me to be”). Napięcie budowane w tej piosence swoje ujście znajduje dopiero, gdy rozpoczyna się “H.”. Utwór ten stanowi próbę pogodzenia się z odejściem Heatha Ledgera oraz podziękowanie mu za wsparcie okazane przy nagrywaniu płyty. Jednak bardziej mroczny i ponury klimat towarzyszy jazzującemu “Oh My God” (“It’s not my fault if I’m forever blue/After all I inherited all my habits from you”). “Nocturnal” – zgodnie ze swoim tytułem – jeszcze bardziej wciaga słuchacza w atmosferę nocnych spacerów po mieście, opustoszałych barów i niewłaściwych kobiet. Zupełna zmiana następuje przy “Bear”, który mógłby być napisany przez PJ Harvey – zarówno muzyka, jak i tekst (“”And now I’m gonna have to hunt and kill you/Don’t get too close/You’re much too close”). A potem czeka na nas spokojne “Always Want”, gorzkie spojrzenie na odejście drugiej osoby (“I never thought that there was something missing/There’s nothing as empty as goodbye (…)/I always want what I can’t have/I don’t understand your kind”). I na koniec albumu “You’ll Never Find Me”: tylko wokalistka i towarzyszące jej pianino w smutnym przyznaniu się do lęku przed bliskością (“In the mirror of my mind/My thoughts are endless doubts (…)/Choose to make your own way/’Cos you’ll never find me”).

I tak kończy się ta krótka muzyczna podróż, trwająca zaledwie 31 minut. Warto kupić.

Dla fanów cyferek: 7/10

Recenzja: Brand New "Daisy"

W tym roku powinien ukazać się nowy album Brand New. Przynajmniej takie są oficjalne zapowiedzi i mam nadzieję, że się sprawdzą. Oczekiwanie postanowiłem sobie uprzyjemnić słuchaniem ich ostatniej – jak na razie – płyty: “Daisy” z 2009 roku.Jesse Lacey wraz z resztą zespołu ponownie (jak w przypadku “The Devil and God Are Raging Inside Me”) nie zdołali przebić medialnego sukcesu swojego najpopularniejszego chyba dokonania, czyli “Deja Entendu”. Szkoda, bo “Daisy” jest albumem dojrzalszym, ciekawszym. I z całą pewnością warto się z nim zapoznać.Stylistycznie nie nastąpiły zmiany całkowicie rewolucyjne. Przynajmniej w tym znaczeniu, że Brand New nadal nagrywają emo, ze wszystkimi plusami i minusami tego gatunku. Jednak trzeba też przyznać, że na płycie eksperymentują i nie można jej określić jako odtwórczej. Teksty są bardzo emocjonalne i celne, często dotykają intymnych sfer życia. W większości skupiają się na negatywnych emocjach po nieudanym związku, odnoszą się do relacji damsko-męskich – jak choćby w “Bought a Bride”, (“Should have been a soldier/I could have fought and died/There’s no revolution/So I bought a bride”), w “Sink” (“I don’t want to let you go/But it hurts my hands to hold the rope”) czy w “At the Bottom” (“Some men die under the mountain just looking for gold/Some die looking for a hand to hold”).

W sferze muzycznej już na samym początku płyty słuchacza czeka zaskoczenie, gdy znienacka zostaje ogłuszony przez “Vices”. Nie dajcie się zwieść początkowej partii utworu… Zresztą, również później do nagranego materiału należy podchodzić ostrożnie: podobnych pułapek jest na “Daisy” dużo. Spokojny, wydawałoby się, utwór, w jednej chwili staje się bardzo GŁOŚNY. Najmniej pasuje do reszty albumu “Be Gone”. Półtorej minuty psychodelicznego country/folku z dziwacznym wokalem sprawia wrażenie dołożonego z innej płyty. Bez wątpienia jest to najbardziej zaskakujący moment “Daisy”. Szczególnie w zestawieniu z poprzedzającym go, trwającym 6 minut “You Stole”, w którym rozbrzmiewają echa surf rocka. I z “Sink”, który po “Be Gone” przynosi solidną dawkę rockowego zacięcia i krzyków wokalisty. Właściwie ciężko mi pisać o utworach lepszych i gorszych, ponieważ “Daisy” to bardzo dobra, równa płyta. A już znakomity jest zamykający cały album utwór “Noro”, który w swoich ostatnich słowach podsumowuje płytę i jej emocjonalny ładunek: “I’m on my way to Hell”.

Dla fanów cyferek: 8/10

Recenzja: Capsula "Sense of a Drop"

Niedawno miałem przyjemność usłyszeć zespół Capsula, rodem z Buenos Aires w Argentynie. Porządne, rockowe granie w klimatach garage i psychedelic. Zachwycony tym, co usłyszałem, natychmiast udałem się do najbliższego sklepu (czyt.: Amazonu), żeby kupić ich album. Pierwszym, który wpadł mi w oczy był „Sense of a Drop”. Wczoraj wreszcie spokojnie usiadłem i włączyłem płytę, żeby sprawdzić czy cały materiał będzie tak dobry, jak trzy znane mi dotychczas utwory. Cóż… Tego, niestety, nadal nie wiem. Jak mówi powiedzenie: „pośpiech to zły doradca”.

„Sense of a Drop” okazało się być albumem wykonawcy nazywającego siebie Capsula, ale TEN Capsula pochodzi z Izraela i nagrywa muzykę elektroniczną. Spore zaskoczenie. I zaskoczenie nie było pozytywne, niestety. Czasem zdarza się całkowicie przypadkowo trafić na interesującą płytę. Nie tym razem. Dla jasności: nie jestem koneserem takiej muzyki, ale też nie mam nic przeciwko niej. Natomiast nie czuję się na siłach, żeby pisać coś więcej.

Capsula „Sense of a Drop” to dla mnie dość słaba płyta. Trochę psychedelic, trochę chillout, ale za żywa na relaksacyjne odpłynięcie. Dla fanów rocka, folku, popu, indie wszelkiej maści – nic ciekawego. Jeżeli komuś potrzeba klimatu ambient, to polecam sięgnięcie po Ulver „Perdition City” albo po ambient wydawany przez Cold Meat Industry. Jeśli macie ochotę na bardziej pobudzającą elektronikę– lepiej włączcie stare Juno Reactor lub This Morn’ Omina „L’Unification Des Forces Opposantes”.

Dla fanów cyferek: 3/10

Recenzja: Sharon Van Etten „Tramp”

Na album “Tramp” czekałem z niecierpliwością już od dłuższego czasu. Moje nadzieje jeszcze bardziej wzrosły, gdy po otworzeniu płyty przekonałem się, kto wspiera na nim Sharon Van Etten. Są tutaj goście z The National (Aaron Dessner jest również odpowiedzialny za produkcję krążka), Beirut, Wye Oak, The Walkmen, Doveman, muzycy towarzyszący Sufjanowi Stevensowi, My Brightest Diamond czy Jonsiemu. Przy takich oczekiwaniach łatwo było zawieść… Na szczęście Sharon Van Etten tego nie zrobiła. Wymienione osoby są dla niej wsparciem, ale nie muszą w żadnym momencie być ratunkiem.

“Tramp” to płyta bardzo spójna. Od pierwszych dźwięków otwierającego album “Warsaw” do ostatnich w “Joke or a Lie” jest bardzo emocjonalnie. Teksty obracają się wokół relacji międzyludzkich i to – jak łatwo można odgadnąć – nie tych udanych. Są proste, nie ma w nich zbyt wiele patosu, górnolotnych sformułowań. A przede wszystkim brzmią bardzo szczerze. Zapewne właśnie z tego powodu słuchaniu „Tramp” towarzyszą emocje: nic tu nie wydaje się być efektem zimnej kalkulacji, a raczej prawdziwej potrzeby serca.

Także muzycznie autorka pewnie prowadzi słuchacza bez względu na to czy zapuszcza się w rejony bardziej bliskie folkowi (“We Are Fine”), czy bardziej rockowe (“Warsaw”). Równie mocno przykuwa uwagę w utworach spokojnych (“Kevin’s”) i żywych (“Serpents”). Żaden z utworów nie daje poczucia zagubienia Sharon Van Etten. Oczywiście, są utwory lepsze, jak znakomity „Magic Chords”, w którym refren śpiewany w duecie z Zachiem Condonem zmusza do całkowitego poświęcenia utworowi uwagi. Ale całej płyty można słuchać bez wrażenia, że cokolwiek umieszczono na niej, żeby zapełnić miejsce.

Dla fanów cyferek: 8/10